Drukarnia pieniędzy ruszyła

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
17 grudnia 2008, 08:50
Dziś po  optymistycznym zakończeniu sesji w Stanach wzrosty na początku są pewne. Dopóki jednak WIG20 nie zamknie się powyżej 1930 punktów nie można będzie mówić o trwałej tendencji wzrostowej. Pamiętajmy też, że dziś kolejna odsłona walki JP Morgan kontra Polska drużyna narodowo-giełdowa. Zakończenie przez wszystkie nakładające się czynniki jest nieprzewidywalne, ale na pewno będzie ciekawe.

Początek handlu na giełdzie we wtorek był kopią wydarzeń poniedziałkowych. WIG20 rósł, ale był to wzrost wyjątkowo niewielki. Nikt ewidentnie nie chciał wychodzić przed szereg i ujawniać swoich przedświątecznych zamiarów. Sytuacja podobnie wyglądała na pozostałych europejskich parkietach. Nawet po publikacji indeksów PMI obrazujących rozwój gospodarki w strefie euro giełdy nie reagowały. Dane były znacznie poniżej 50 punktów, co wprost można tłumaczyć jako słabe perspektywy poprawy w nadchodzącym kwartale.

Następnie przez cztery godziny na naszym rynku zapanował całkowity spokój, a prawdziwy handel zaczął się dopiero po 14 kiedy byki z przytupem weszły na parkiet. Wszyscy rzucili się na akcje największych spółek, a druga linia (mWIG i sWIG) wciąż pozostają w niełasce. W końcówce najsilniej zyskiwały PKO BP i PEKAO rosnąc o 5 procent oraz KGHM, który zyskiwał ponad 4 procent w opozycji do spadku cen miedzi.

Pretekstem całej zwyżki była informacja z KNF, że rynek kontraktów terminowych jest w 40 procentach zdominowany przez jednego zachodniego gracza. Chodzi oczywiście o bank inwestycyjny JP Morgan, którego niedawne prognozy i rekomendacje dla Polski są ogólnie mówiąc niekorzystne. Tak aktywne zaangażowanie banku na rynku może interpretowane jako próba wygenerowania spadków i okazji do zarobku. Pozostali gracze przyjęli jednak strategię ucieczki do przodu i chcą obecnie znaleźć się jak najwyżej przed feralnym piątkiem, aby ewentualny spadek nie był tak bolesny.
WIG20 pchany na siłę w górę zakończył kolejny już dzień wzrostem o 2,6 procent i nawet całkiem solidnym obrotem. Reszta rynku wzrosła zaledwie o 0,5 procent.

Sesja w Stanach rozegrała się dopiero po posiedzeniu FOMC. Do tego czasu indeksy rosły ledwo o procent w oczekiwaniu na obniżkę stóp. Oczekiwano cięcia o 50 punktów, a okazało się że Ben Bernanke wcielił się w rolę Świętego Mikołaja i ogłosił obniżkę o 75 punktów a nawet więcej. Być może więcej, ponieważ po raz pierwszy w historii ogłoszono przedział stóp na 0-0,25 procent. W tym momencie USA mają najniższe stopy procentowe na świecie. Swoją decyzją przebiły nawet Japonię z ich odwiecznie małymi stopami (0,3 procent). Reakcja była jedna – rakietowe wzrosty. W ciągu godziny indeksom udało się wzbić na 5 proc. wzrosty gdzie zakończyły sesję. Najbardziej na decyzji skorzystał sektor finansowy, który notował wzrosty o 11 procent.

FOMC ogłosił również że to koniec obniżek stóp (przecież i tak już niżej się nie da), a kolejnym krokiem będzie wykup złych kredytów z rynku. To będzie wymagać olbrzymiej ilości pieniędzy. Setek miliardów dolarów, które za rok znajdą się w realnej gospodarce. Innymi słowy po obniżkach stóp w USA drukarnie pieniędzy ruszają pełną parą.



Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Własne
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj