"Przebaczyć to nie znaczy zapomnieć". Wywiad z byłą więźniarką Auschwitz

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
31 sierpnia 2017, 20:30
Anna Szałaśna, Fot. Maksymilian Rigamonti
Anna Szałaśna, Fot. Maksymilian Rigamonti/Dziennik Gazeta Prawna
Przebaczyłam. Co to znaczy nie przebaczyć? Trzymać wszystko w sobie, żeby mnie męczyło i dręczyło? Co mi to da? Jeślibym nie przebaczyła, to, czy by mi się lepiej żyło. Czy gdybym chowała w sobie nienawiść, przekleństwa, to jaka by była z tego korzyść, jaki zysk? - z Anną Szałaśną, więźniarką obozów Auschwitz i Ravensbrück, rozmawia Magdalena Rigamonti.

To nic złego. Żyłam przynajmniej.

Nie, nie, nie. Co by mi dały pretensje? Nic przecież.

Przebaczyłam. Co to znaczy nie przebaczyć? Trzymać wszystko w sobie, żeby mnie męczyło i dręczyło? Co mi to da? Jeślibym nie przebaczyła, to, czy by mi się lepiej żyło. Czy gdybym chowała w sobie nienawiść, przekleństwa, to jaka by była z tego korzyść, jaki zysk? Jak się przebaczy to jest lżej, nie ma się tego ciężaru. Jednak przebaczyć to nie znaczy zapomnieć, to nie znaczy, że nie można oceniać tego, co się przeżyło.

Tylko przez to, czego sama doświadczyłam. Nie jestem jednak ani historykiem, ani wojskowym... No, ale dobrze, nie będziemy rozmawiać o polityce. Każdy dzień można by opowiadać. Proteza była zrobiona w Krakowie. Młodzieżowa, taka że gdybym w razie czego jeszcze urosła, można było ją podwyższać, a nie robić nową. Jednak z tą pierwszą młodzieżową protezą przeżyłam Oświęcim.

Ale nie z łapanki. Mieszkaliśmy już w Radgoszczy. U księdza była jego siostrzenica z Krakowa, Zosia Dereń, której mama i siostra były zaangażowane w podziemną robotę, i które aresztowano. Mamę wywieziono do Ravensbrück, siostrę do Oświęcimia. Zosia się uratowała, bo jej nie było w domu podczas aresztowań. Przyjaźniłyśmy się. Którego dnia na plebanię przyszedł facet w czarnej koszuli, brązowym garniturze, Ukrainiec, nacjonalista i powiedział, że ma pismo, że ma tu otrzymać pokój. Oczywiście, wiedzieliśmy, że przyszedł po to, żeby szpiegować. W tym czasie brat mój był już wywieziony na roboty do Niemiec. Od czasu do czasu przychodziły od niego listy, zwykle odpisywaliśmy całą rodziną. Jednak któregoś dnia ojca zabrali do aresztu w Dąbrowie Tarnowskiej, więc postanowiłam, że sama napiszę. Chciałam go pocieszyć. Pisałam wiadomości z gazety, gdzie front niemiecki, co się dzieje, no i że jesteśmy z nim. Nie pisałam żadnych patriotycznych słów, nic o tym, co robię w podziemiu.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj