Czy to jest moment, kiedy prezydent miasta może zwracać uwagę na swoją wygodę polityczną? Ci, którzy próbują być neutralni, przestają istnieć, znikają.
Partia też jest potrzebna mnie.
Polityka to gra w grupie.
Nieprawda, choć jest mi bardzo przykro, że wiele rzeczy nie zostało za rządów PO wprowadzonych, chociażby pomoc dla najbardziej potrzebujących. Kiedy zostałam prezydentem Łodzi, zrozumiałam, że trzeba zadbać o ludzi, o ich byt, o rodzinę. Pamiętam moje rozmowy i wydaje się, że w Warszawie tego nie rozumiano. W tym względzie mogliśmy zrobić więcej...
Łodzianie zaakceptowali mnie taką, jaką jestem. Dla nich na drugim planie jest fakt, że jestem członkiem Platformy, że jestem szefową partyjnej struktury na ziemi łódzkiej. Dla mnie najważniejszy jest interes miasta. A trzeba sobie jasno powiedzieć, że przez lata Łódź była miastem wykluczonym. Dopiero decyzje min. Grabarczyka spowodowały, że coś zaczęło się zmieniać.
To teraz nie ma żadnego znaczenia. Chciał spróbować swoich sił w rywalizacji ze mną, choć prosiłam, żeby tego nie robił. Dla Łodzi był dobrym ministrem, zajmował się miastem. A wcześniej, kto? Łódź upadała, i to z hukiem. Co robił premier Miller? Nic. Pomyłka niestety. Był posłem z Łodzi, ale stąd nie pochodził.
Ale działa, angażuje się. Zaraz się okaże, że gloryfikuję min. Glińskiego. Nie wypowiadam się na temat polityki kulturalnej przez niego prowadzonej, natomiast wiem jedno, że wszystkie wnioski o pieniądze, które poskładały do MKiDN łódzkie instytucje, otrzymały dofinansowanie.
I wstąpię do PiS? Nie, nie miałam i nie mam takiego zamiaru.
>>> Cała treść wywiadu będzie dostępna w weekendowym wydaniu DGP.
