Rzadko kiedy braki teorii naukowej można opisać za pomocą dowcipów. W przypadku ekonomii metoda ta sprawdza się jednak znakomicie. Ilu ekonomistów trzeba, żeby wymienić żarówkę? Siedmiu. Z dokładnością do 10 – to przytyk do braku precyzji. Po co wymyślono astrologię? Żeby ekonomia wyglądała na prawdziwą naukę – to na temat metodologii.

Na szczęście istnieją ekonomiści, których takie żarty nie dotyczą – to ci próbujący udzielać jasnych odpowiedzi na realne problemy i właśnie takim Komitet Noblowski coraz częściej przyznaje Nagrodę Banku Szwecji im. Alfreda Nobla. W 2014 r. otrzymał ją Jean Tirole za analizę skutków regulacji rynkowych, w 2015 r. Angus Deaton – za badania nad ubóstwem, w 2016 r. Oliver Hart i Bengt Holmström – za rozwijanie teorii kontraktu, a rok temu Richard Thaler – za wkład w rozwój ekonomii behawioralnej opartej na obserwacji (nie zawsze rozsądnych) zachowań ludzi, a nie na wyidealizowanych modelach.

Zagadnienia, którymi zajmują się tegoroczni laureaci ekonomicznego Nobla, są jeszcze bardziej wyraziste i na czasie – dotyczą innowacji i zmian klimatu. Za włączenie tych pierwszych w „długoterminową analizę makroekonomiczną” uhonorowano Paula Romera z Uniwersytetu Nowojorskiego, za pokazanie, w jaki sposób wpływają na podstawowe parametry gospodarcze zjawiska zachodzące w przyrodzie – Williama Nordhausa z Uniwersytetu Yale. Zagadnienia te wiążą się ze sobą: innowacje łagodzą zmiany klimatu, a ekonomiści wydatnie w tym pomagają, dostarczając diagnozę i narzędzia.

Czy oto na naszych oczach spełnia się marzenie Keynesa, by ekonomiści zaczęli „być postrzegani na wzór dentystów jako kompetentni i pokorni” eksperci?

Po 2030 r. koniec świata?

Byłaby to dobra wiadomość dla ludzkości. „Bólów zęba” sygnalizujących niedoleczone problemy jest sporo. Rozprawienie się ze zjawiskiem zmian klimatu nie jest złym pomysłem, jako że według większości ekspertów stanowi ono jedno z najbardziej palących wyzwań globalnej gospodarki.

8 października, gdy Nordhaus przy porannej kawie odbierał telefon z informacją o przyznaniu mu Nobla, Międzynarodowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) publikował raport prognozujący, że do 2030 r. średnie globalne temperatury przekroczą o 1,5 stopnia Celsjusza poziomy z ery przedprzemysłowej. To oznacza ekstremalne susze, pożary, powodzie i niedobory żywności.

Ale, co za przypadek! Profesor Nordhaus jest autorem pionierskiego modelu pozwalającego szacować koszty walki ze zmianami klimatu (DICE) w zależności od zakładanego ograniczenia emisji dwutlenku węgla. Opracował go na potrzeby m.in. IPPC. Prognozy DICE zderza się z kosztami, które przyniosłoby zaniechanie walki ze zmianami klimatu. A te są spore. Z badań wynika, że koszt wyemitowania do atmosfery tony dwutlenku węgla to w ujęciu globalnym ok. 417 dol. Człowiek emituje do atmosfery ok. 35 mld ton CO2 rocznie. Ograniczenie emisji o miliard ton przynosi światu 417 mld dol. oszczędności. To prawie tyle, ile PKB Polski.

Już w latach 70. Nordhaus przeczuwał, że model intensywnego wzrostu gospodarczego może rodzić poważne skutki uboczne. Zastanawiał się nad tym w opublikowanej razem z prof. Jamesem Tobinem pracy „Is Growth Obsolete?”. Tobin i inny lewicujący ekonomista Paul Samuelson (współautor – wraz z młodym wówczas Nordhausem – słynnego podręcznika „Ekonomia”) utrwalili w Nordhausie potrzebę czynienia z ekonomii nauki użytecznej, a nie tylko teoreycznej. – Prace Nordhausa są bardziej „realizowane” niż „czytane” – przyznaje na swoim blogu prof. Tyler Cowen z George Mason University.

Nordhausa nie cechuje jednak klimatyczny katastrofizm prezentowany przez osoby pokroju byłego wiceprezydenta USA Ala Gore’a. Nie wróży on, że w 2030 r. nastąpi koniec świata. Ekonomista jest co prawda zwolennikiem istotnego podnoszenia cen emisji CO2, ale przede wszystkim wierzy, że trwałe rozwiązanie problemu jest w zasięgu ręki, trzeba tylko uruchomić ludzką kreatywność, nasz „zasób pierwotny”, jak to się określa w ekonomicznej literaturze.

Nauka tam, gdzie granty

Obóz ekonomistów klimatu kojarzony był przez lata głównie z Nicholasem Sternem z London School of Economics. Stał się szerzej znany w 2006 r., gdy oszacował koszty walki ze zmianami klimatu na 1 proc. globalnego PKB. Straszył, że jeśli świat nie będzie starał się im przeciwdziałać, globalny dochód spadnie o 20 proc. Wyliczenia te spotkały się jednak z krytyką ze strony innych ekonomistów klimatu. Ich obóz bowiem stopniowo rozrastał się o nowe nazwiska proponujących coraz bardziej zniuansowane podejścia.

Wzrost popularności tematyki klimatycznej ma swoje źródła nie tylko w tym, że naukowcy odczuwają powołanie do ratowania świata. Chodzi także o pieniądze. Właściwie wszystkie liczące się rządy świata od dwóch już niemal dekad hojnie finansują badania nad klimatem. Stany Zjednoczone nawet pod rządami „antyekologicznego” Donalda Trumpa sypią pieniędzmi. Na przykład NASA w ramach programu „Earth Science” zarządza 120 projektami badawczymi z tej kategorii, których łączny budżet to 1,9 mld dol. Coraz częściej uczestniczą w nich ekonomiści.

Wokół walki z globalnym ociepleniem powstał potężny przemysł (rynek zielonej energii ma być wart w przyszłym roku 777 mld dol.), a te widoczne już skutki zmian klimatu odczuwają branże tradycyjne, np. ubezpieczyciele. Coraz częściej wypłacają oni odszkodowania za zniszczenia spowodowane przez katastrofy naturalne (organizacja ClimatWise wylicza, że ich częstotliwość wzrosła sześciokrotnie od lat 50. XX w.), co obniża ich rentowność. Wszystkie te firmy finansują własne badania i zakładają własne ośrodki badawcze oferujące ekonomistom przysłowiowe biurko do pracy. Zajmowanie się klimatem po prostu popłaca.

Rosnącą popularność klimatycznej tematyki widać dobrze w statystykach publikacji ekonomicznych IDEAS/RePEc. W latach 1990–2000 ukazały się zaledwie 184 prace związane bezpośrednio ze zmianami klimatu. W latach 2000–2010 opublikowano kolejnych 2,6 tys. prac, a w ciągu ostatnich ośmiu lat pojawiło się 8,4 tys. artykułów, książek i badań nawiązujących do tematu.

Jednym z najwybitniejszych ekonomistów specjalizujących się w tej dziedzinie jest prof. Oliver Hart (jeden ze wspomnianych wyżej noblistów). W jednej ze swych prac zastanawia się, jak rozwiązać problem negatywnych dla środowiska efektów zewnętrznych działalności biznesu. Nie chce dokręcać regulacyjnej śruby. Stawia na działania oddolne, zakładając, że – w przypadku firm notowanych na giełdzie – wystarczy zaszczepić w kulturze korporacyjnej zwyczaj konsultowania przez zarządy z akcjonariuszami decyzji o inwestycjach, w wyniku których może dochodzić do zanieczyszczenia środowiska. – Firmy często stają przed szansą wdrożenia nowej technologii, która jest czystsza, ale bardziej kosztowna od tradycyjnej. Pojawia się wówczas dylemat: wybrać mniejszy zysk i zdrowsze środowisko czy większy zysk i nadal zanieczyszczać? Udziałowcy tych firm to przecież ludzie tacy jak wszyscy, mogą chcieć poświęcić część zysku firmy na rzecz przyrody, jeśli w swoim prywatnym życiu także o nią dbają i ponoszą tego koszty – przekonuje prof. Hart.

Nieudana rewolucja w Hondurasie

Problem zmian klimatycznych jest przede wszystkim problemem krajów ubogich. Bogate sobie poradzą. Biedne – np. Bangladesz czy Egipt – będą odczuwać je mocniej, a jednocześnie jako państwa o niezaawansowanych gospodarkach nie będą skłonne ponosić kosztów walki z ociepleniem. Przeciwnie, będą przyjmować „brudne” przemysły, uciekające przed regulacjami zaostrzającymi się na Zachodzie. Najgorzej będą miały kraje nieuprzemysłowione, które teraz CO2 nie emitują prawie wcale. Luke Harrington, klimatolog z Uniwersytetu Oksfordzkiego, obliczył, że odczują one gwałtowne skutki ocieplenia, jeśli wyniesie ono już 1,5 stopnia Celsjusza. Obywatele krajów uprzemysłowionych zaczną zaś cierpieć dopiero przy wzroście temperatury o 3 stopnie. Co z tym fantem zrobić? Pozwolić biednym szybciej się bogacić, by mogli się przed skutkami ocieplenia skuteczniej zabezpieczać. To właśnie miejsce, w którym do akcji wkraczają innowacje – konik drugiego z tegorocznych noblistów, prof. Paula Romera.

Romer zasłynął jako architekt nowej teorii wzrostu gospodarczego. W starym modelu, który stworzył inny noblista, Robert Solow, wzrost gospodarczy to funkcja idei oraz pracy i kapitału, przy czym idee, które pozwalają na produktywne wykorzystanie kapitału i pracy, są „egzogeniczne”, a więc pochodzą niejako... z zewnątrz modelu. I mają charakter niewycenianych dóbr publicznych. Tyle że idee nie pojawiają się ot tak. Ktoś i z jakichś powodów musi na nie wpaść. Idee rodzą się dla zysku. W krajach rozwiniętych 60–80 proc. wydatków na badania i rozwój (B+R) to wydatki prywatnych firm. Romer w artykule „Increasing Returns and Long-Run Growth” opublikowanym w „Journal of Political Economy” z 1986 r. zaproponował model wzrostu, który brał ten oczywisty (ale nie dla ekonomistów) fakt pod uwagę.

Praca ta okazała się impulsem dla innych badaczy do rozważań nad tym, jakie warunki najbardziej sprzyjają powstawaniu i rozprzestrzenianiu się nowych idei i technologii. Przede wszystkim zaś otworzyła drogę do ważnego spostrzeżenia: skoro to nie skumulowany kapitał stanowi o rozwoju, lecz idee, to nawet kraje biedne mogą tak zaprojektować swoje instytucje, żeby się bogacić.

Nie ma jednak, to kolejny wniosek Romera, jednego zestawu reguł i instytucji, który można by zaimplementować wszędzie. Potrzeba eksperymentów. Romer zaproponował tworzenie w krajach ubogich, na niezamieszkanej ziemi, zupełnie nowych miast statutowych (charter cities), w których implementowano by sprawdzone wcześniej w innych częściach świata zasady – np. brytyjskie prawo precedensowe. Osiedlać mieliby się w nich wszyscy chętni. Romer próbował przekonać do stworzenia takiego miasta władze Hondurasu, ale sprzeciwił się temu tamtejszy Trybunał Konstytucyjny. Szkoda.

Koncepcję miasta statutowego Romer stworzył, inspirując się eksperymentem, jakim był chiński Hongkong. – To miasto funkcjonujące przez większość XX w. na innych zasadach niż reszta Chin, na prawie i administracji brytyjskiej. W latach 50. XX w. każdy Chińczyk mógł zamieszkać tam i pracować. Miasto rozwijało się znacznie szybciej niż reszta kraju i gdy Deng Xiaoping (przywódca Chińskiej Republiki Ludowej w latach 1978–1989 – red.) postanowił skierować Chiny w stronę gospodarki rynkowej, powoływał się właśnie na zasady obowiązujące w Hongkongu. Rozumiał jednak, że ludzie chcą mieć wybór. Zamiast zaimplementować je w całym kraju, wdrożył je najpierw w czterech specjalnych strefach, a potem 14 miastach na wybrzeżu i pozwolił ludziom do nich emigrować. Dopiero gdy model zyskał społeczne poparcie, rozszerzono go na całe Chiny. – To uczy nas kilku rzeczy: m.in. daj ludziom wybór i operuj we właściwej skali – mówił Romer w trakcie jednego z wykładów.

Szczypta klimatycznego realizmu

Romer nie jest jedynym ekonomicznym „aktywistą” wierzącym w sprawczą moc idei.

Rolę innowacji i oddolnych eksperymentów w walce z globalnymi problemami dostrzega np. prof. Bjørn Lomborg, duński ekonomista klimatolog. Lomborg co cztery lata organizuje Konsensus Kopenhaski – konferencję, podczas której prominentni ekonomiści próbują nadać globalnym problemom priorytety na podstawie analizy zysków i strat płynących z walki z nimi.

Co ciekawe, na tak skomponowanej liście walka z globalnym ociepleniem nie znajduje się na pierwszym miejscu. Ważniejsze okazuje się np. podjęcie wyzwań tylko pośrednio z nim związanych, jak niedożywienie w krajach trzeciego świata albo walka z malarią. Jeden dolar wydany na żywność dla mieszkańców Afryki Subsaharyjskiej daje większy zysk niż jeden dolar zainwestowany w obniżanie średnich temperatur Ziemi.

Lomborg jest też np. zwolennikiem cyfryzacji najbiedniejszych rejonów globu. Przekonuje, że inwestycja w zapewnianie ich mieszkańcom dostępu do internetu bardzo niskim kosztem pozwoli zredukować ubóstwo, dając ludziom bezpośredni dostęp do wiedzy i globalnego rynku. Co do globalnego ocieplenia, Lomborg sprzeciwia się globalnej ascezie gospodarczej, a ustalenia paryskiego szczytu klimatycznego dotyczące celów emisyjnych uznaje za polityczny absurd. Proponuje rządom, by skupiły się raczej na inwestowaniu w zieloną energię. Zarazem nie uważa wiatru i słońca za źródło klimatycznego zbawienia. – Prawda jest taka, że pozyskiwana z nich energia jeszcze długo będzie miała marginalne znaczenie dla ogólnego bilansu energetycznego Ziemi. W 2040 r. jej udział w nim wyniesie maksymalnie 2,4 proc. Zamiast wkładać pieniądze w niewydajne panele i wiatraki, zainwestujmy w coś, co pozwoli obniżyć realną cenę zielonej energii poniżej paliw kopalnych – apeluje w jednym ze swoich tekstów i aktywnie lobbuje za tym, żeby kraje rozwinięte przeznaczały na zielone innowacje nawet 100 mld dol. rocznie (obecnie to średnio 10–20 mld). Głos Lomborga jest słyszany przez polityków – to ekonomista uznawany za jednego z najbardziej wpływowych intelektualistów w Europie. Czy jednak słyszą go inni ekonomiści? Jak w ogóle ekonomiczni „aktywiści” pokroju Romera i Lomborga czy wyspecjalizowani technokraci pokroju Nordhausa i Harta wypadają w zderzeniu z grupą, która dominowała w głównym nurcie tej nauki przed kryzysem finansowym 2008 r.? Mowa o makroekonomistach zainteresowanych głównie takimi wskaźnikami, jak: inflacja, stopa bezrobocia, podaż pieniądza, i modelami ekonometrycznymi, których zadaniem było sprawianie, by gospodarka rosła coraz szybciej.

Szkoła krytyczna

Reprezentanci „mainstreamowego” ancien régime'u czują się niepewnie. Powierzonego im zadania nie zrealizowali i rozumieją, że ich pozycja nie jest już tak silna. Ich błąd: uwierzyli, że dysponują narzędziami, które pozwalają zapobiegać kryzysom, a abstrakcyjne wskaźniki uznali za wystarczająco silną podstawę, by ex cathedra łajać innych za ignorancję. Doskonałym tego przykładem jest wywiad, którego w CNBC w 2006 r. udzielił Arthur Laffer, autor słynnej krzywej Laffera opisującej relację między podatkami a wysokością wpływów budżetowych. Tak rozpływał się nad funkcjonowaniem amerykańskiej gospodarki: „Wspierana jest dobrą polityką, zarówno fiskalną, jak i pieniężną. Działa wspaniale”. Swemu adwersarzowi, inwestorowi Peterowi Schiffowi, zarzucał brak podręcznikowej wiedzy ekonomicznej (Schiff jest autorem wielu książek z gatunku ekonomicznej publicystyki). Jak na ironię, to właśnie podręczniki okazały się problemem. Przekazywana w nich wiedza była felerna. To Paul Romer walnie przyczynił się do wyeksponowania tego faktu i podkopania pozycji neoklasycznych ortodoksów. Stał się mimowolnie jednym z symboli ekonomicznego rewizjonizmu, publikując w 2015 r. pracę pt. „Mathiness in the Theory of Economic Growth” („Przematematyzowanie w teorii wzrostu gospodarczego” – tłum. autor). Owo „przematematyzowanie” to, jak pisze Romer, „mieszanka słów i symboli, które zamiast tworzyć między sobą ścisłe powiązania, zostawiają przestrzeń na nieścisłości w przekładzie pomiędzy językiem naturalnym a formalnym, treścią teoretyczną a empiryczną”. Zdaniem Romera ekonomiści zaczęli wymyślać pojęcia pozbawione odniesienia do rzeczywistości, a ich bezużyteczność maskować wyszukanym językiem matematyki. W najlepszym wypadku – by ukryć to, że nie ma się nic do powiedzenia. W najgorszym – by przemycać ideologię służącą jakimś grupom interesów. Praca Romera odbiła się szerokim echem w naukowym światku, bo z nazwiska wskazywał on w niej ekonomistów posługujących się pustosłowiem. Romer wojował z tym zjawiskiem także w praktyce, gdy pełnił funkcję głównego ekonomisty Banku Światowego (2016–2018). Zauważył, że w publikowanych przez tę instytucję badaniach nadużywa się spójnika „i”, który służy do dopisywania ideologicznych i politycznych wtrętów do merytorycznych wyników. Wprowadził więc wymóg, by w publikacjach banku „i” stanowiło co najwyżej 2,6 proc. w proporcji do innych słów. Nawiasem mówiąc, jego – dość niestandardowe – metody pracy sprawiły, że głównym ekonomistą Banku Światowego był niecałe półtora roku.

Cykle akademickie

Gdy neoklasycy przywiązani do martwych danych statystycznych i analizy finansowej rewidują swoje modele, należne im miejsce odzyskują ludzie o bardziej praktycznym nastawieniu – wspomniani już ekonomiczni „dentyści”. Czy jednak rzeczywiście mamy do czynienia z trwałą „zmianą klimatu” w ekonomii?

Spójrzmy na tę naukę przez jej własne okulary. Każdy rodzaj ludzkiej działalności opisuje ona jako podlegający cyklom, a samego człowieka jako podatnego na różnorakie bodźce. Ekonomiści uwielbiają analizować pod tym kątem świat polityki, próbując tłumaczyć, skąd biorą się niedoskonałości demokracji. Tu swoje zasługi ma sam prof. Nordhaus. W pracy „Polityczny cykl koniukturalny” wyjaśnia, dlaczego decyzje gospodarcze podejmowane w systemie demokratycznym tak często szkodzą przyszłym pokoleniom, i wskazuje sposoby na zaradzenie temu.

Czy jednak na samych ekonomistów mamy patrzeć inaczej niż na polityków?

Ich dobrobyt zależy od grantów – tak jak dobrobyt polityków zależy od wygranych wyborów. Zarówno spełnianie kryteriów finansowania badań, jak i zaspokajanie preferencji wyborców wymaga czasu i sprytu, a niekoniecznie przywiązania do prawdy. Przede wszystkim jednak państwo nigdy nie przyznaje grantów bezinteresownie – zwłaszcza w naukach społecznych bezpośrednio związanych z praktyką polityczną, która szuka często akademickiej legitymacji.

Dlatego np. pokolenie amerykańskich ekonomistów robiących doktoraty w latach 80. XX w. to w znacznej mierze ekonomiści liberalni. Były to czasy Ronalda Reagana i Margaret Thatcher, którzy sowieckiemu nieefektywnemu planowaniu gospodarczemu przeciwstawiali model wolnorynkowy. Ekonomiści, którzy zajmowali się wskazywaniem zalet kapitalizmu, wpisywali się w tę narrację. Mieli łatwiej. Tąpnięcie 2008 r. odwróciło te trendy. Kapitalizm stał się chłopcem do bicia, a rządy wykorzystały to do ukazania siebie w roli zbawców, którzy są w stanie naprawić gospodarkę. To oznaczało zwiększony interwencjonizm, a ten implikował potrzebę zatrudnienia nowych technokratów. I cóż – ekonomiści znów chętnie wskoczyli na pokład. Czy to źle?

Nie całkiem. Ekonomiści zostali skonfrontowani z prawdziwym życiem. Z koniecznością weryfikowania, która z idei działa, a która nie. Zrozumieli, że ich praca nie może być tylko „sztuką dla sztuki”. W dłuższej perspektywie – z punktu widzenia rozwoju tej nauki – ostatni kryzys ma więc szansę nie być kryzysem zmarnowanym.