Kiedy dwa lata temu Instytut Pamięci Narodowej (IPN) udostępnił zawartość teczki Lecha Wałęsy znalezionej w domu generała Czesława Kiszczaka, w debacie publicznej odżył odgrzewany przy różnych okazjach temat współpracy przywódcy Solidarności z aparatem bezpieki w czasach PRL. Zarząd stołecznego Klubu Inteligencji Katolickiej (KIK) wystosował list otwarty do byłego prezydenta RP ze słowami wsparcia. Autorzy listu podkreślali zasługi Wałęsy w budowaniu wolnej Polski, czemu towarzyszyły częste wizyty w siedzibie warszawskiego KIK i dyskusje z czołowymi przedstawicielami tego środowiska – z Tadeuszem Mazowieckim, Stanisławem Stommą czy Jerzym Turowiczem – które dały napęd do zmian ustrojowych w Polsce. „Każdy czasem upada i błądzi; nieszczęściem, grzechem jest to, jeśli nie powstaje (…). Życzymy panu siły, wytrwałości i mądrości w zmaganiu ze stojącymi przed panem wyzwaniami”, napisano w liście.

Gest solidarności z Lechem Wałęsą poróżnił członków warszawskiego KIK. Kilka dni po tym, jak udzielono wsparcia Wałęsie, 4 marca 2016 r., list otwarty w tej sprawie, tym razem do zarządu klubu, napisał związany z klubową sekcją rodzin Grzegorz Strzemecki. „Od szeregu lat Zarząd KIK powstrzymywał się od wydawania oświadczeń w kwestiach drastycznie dzielących jego członków. List wyrażający solidarność i wsparcie dla Lecha Wałęsy jest odstępstwem od tej praktyki i czyni to w sposób, wobec którego nie sposób przejść obojętnie” – pisał na wstępie Strzemecki. Dalej autor rozwodził się nad kondycją katolickiego inteligenta: czy wypada mu być rzecznikiem prawdy kogoś, kto pisał donosy na współtowarzyszy walki z systemem, któremu sam służył. W polemice Strzemeckiego padają ostre słowa pod adresem Wałęsy, a reakcja na wydane oświadczenie KIK jest zarazem apelem do organizacji o autorefleksję i zorganizowanie rzetelnej debaty na temat nieoczywistej przeszłości byłego prezydenta i szefa Solidarności. Aby pozycja Polski jako lidera demokratycznych przemian w Europie nie polegała na „kłamstwie, krętactwie, mataczeniu i złodziejstwie podniesionymi do rangi «autorytetu»” – konkludował oburzony członek KIK.

Pytam działaczy stołecznego stowarzyszenia, czy taki pluralizm nie powoduje więcej szkody niż pożytku dla wiarygodności klubu. – U nas jest miejsce dla osób o bardzo zróżnicowanych poglądach, ale wspólnych korzeniach – zapewnia Jakub Kiersnowski, prezes warszawskiego KIK. – Podzielamy wartości, których nie jesteśmy w stanie się wyrzec, ale sposób dochodzenia do nich jest szeroko dyskutowany. Nasze oświadczenia i odezwy spotkały się z reakcją członków klubu, którzy informowali, że nasz głos nie jest głosem całego stołecznego środowiska.

Chaos ideowy

Odkąd zmienił się układ sił na arenie politycznej, warszawski zarząd KIK stał się bardziej aktywny w przestrzeni publicznej. W lipcu ubiegłego roku pisemnie zaapelował do prezydenta RP Andrzeja Dudy o zawetowanie ustaw wprowadzających zmiany w Krajowej Radzie Sądownictwa i w działaniu sądów powszechnych. Zwrócił się również z prośbą do Episkopatu, aby biskupi wypowiedzieli się w kwestii próby dokonania zmian ustrojowych przez rządzący obóz zjednoczonej prawicy. Kiedy kilka miesięcy później ustawy wróciły pod obrady parlamentu, KIK powtórnie stanął w obronie demokratycznych wartości.

– Napisaliśmy do każdego posła list z przypomnieniem treści ślubowania, a do prezydenta z treścią przysięgi. Do korespondencji dołączyliśmy wniosek o przeprowadzenie wysłuchania publicznego w sprawie tych ustaw. Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że prezydent przychylił się do naszego pomysłu, ale zwróciliśmy się z nim rzekomo zbyt późno. Traktujemy to jak unik ze strony głowy państwa. Poza tym to nie my powinniśmy zgłaszać taki postulat. To powinna być inicjatywa prezydenta – uważa Kiersnowski.

>>> Czytaj też: Kluska: Miałem być premierem technicznym, miałem być prezydentem [WYWIAD]