Aferalnym sosem podlewa się całkiem sensowne rozwiązanie, które moim zdaniem od dawna powinno być w polskim porządku prawnym.

Czymże jest „plan Zdzisława”? „Między nami, no to Zdzisław (chodzi o Zdzisława Sokala, prezesa Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – red.) ma swój plan, który wygląda w ten sposób, że on uważa, że Getin powinien upaść, za złotówkę zostać przejęty przez jeden z tych dużych banków, i on chciałby dokapitalizować to kwotą dwóch miliardów złotych, czyli już ten bank, który przejmie, i to jest jego wizja rozwiązania sprawy” – mówił Marek Chrzanowski Leszkowi Czarneckiemu. Jakkolwiek możemy się zastanawiać, czy Zdzisław Sokal rzeczywiście miał taki plan czy nie, faktem jest, że pod obrady Sejmu wniesiono poprawki umożliwiające przejmowanie banków za symboliczną złotówkę w oparciu o decyzję administracyjną wydaną przez organ nadzoru, czyli KNF.

Wiele osób, w tym przede wszystkim politycy opozycji, zakrzyknęło, że to rozbój w biały dzień i próba nacjonalizacji prywatnej części sektora bankowego. Jestem przekonany, że głoszący tę tezę naprawdę w nią wierzą. Trudno jest im pojąć, że pęczek rzodkiewki kosztuje trzy złote, zaś duży bank mógłby kosztować złotówkę. Nie do pomyślenia jest, że każdy z nas mógłby sobie kupić bank. Sęk w tym, że oczywiście tak nie jest. I diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach.

Przejmowanie banków znajdujących się w złej kondycji finansowej przez banki w kondycji dobrej (w Polsce przejmowałyby zapewne banki będące pod kontrolą Skarbu Państwa – stąd teza o nacjonalizacji) ma na celu przede wszystkim zapewnienie stabilności sektora bankowego. Wyobraźmy sobie bowiem nieduży jak na polskie realia bank; niech ma, powiedzmy, 30 mld zł depozytów. I ten bank upada. Państwo jako gwarant depozytów do równowartości 100 tys. euro musi zwrócić obywatelom pieniądze (o wiele większe, niż miało to miejsce w przypadku upadku SKOK-ów). I słusznie, bo nie ma powodu, aby Polacy tracili oszczędności życia. Wydatki Skarbu Państwa idą w miliardy złotych; daleko przekraczają możliwości Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, utworzonego na wypadek niewypłacalności podmiotów sektora. Jest robiona dodatkowa zrzutka, w której uczestniczą banki, a w zasadzie my wszyscy – ich klienci. A wszystko z powodu upadłości jednej instytucji.

Dlatego też zasadne jest poszukiwanie rozwiązań, które ograniczają ryzyko spełnienia się takiego scenariusza, w którym pan płaci, pani płaci i przede wszystkim ja płacę. Jeden z pomysłów to właśnie to, co w mediach określane jest teraz mianem „planu Zdzisława”. Założeniem jest, że gdy organ nadzoru dostrzeże, iż bank niechybnie zmierza ku upadkowi, wydawana jest decyzja administracyjna, na podstawie której dochodzi do przejęcia tego banku przez podmiot wypłacalny.

>>> Czytaj też: Banki są zbyt ważne, żeby upaść. To doskonały system

„Ten, który przejmuje, robi świetny biznes” – czytałem w ostatnich dniach. „Sam chciałbym móc kupić sobie bank za złotówkę” – twierdzili niektórzy. Tymczasem życie podmiotu przejmującego byłoby piękne, gdyby przejmowany był w dobrej kondycji finansowej. Gdy jest w złej, przejęcie wcale nie jest losem wygranym na loterii. Oprócz wydania tej złotówki trzeba wyłożyć kilka miliardów złotych, dokapitalizować i zrestrukturyzować interes słaniający się na nogach. Sprawny rynkowy gracz to wykorzysta i zarobi na przejęciu. Kiepski może stracić. Bez wątpienia jednak nie jest tak, że kupno banku za złotówkę to promocja, bo przecież pęczek rzodkiewki jest po 3 zł, a winogrona po ponad 7 zł za kilogram. Nikt nam nie każe jechać po te winogrona do Hiszpanii i nie mówi „to sobie zrywaj”. Dostajemy gotowy produkt. A przejmujący bank – trzymając się winogronowej poetyki – dostaje jedynie podupadłą winnicę. Od niego zależy, czy przywróci jej blask, czy włoży majątek w odnowę, a ostatecznie i tak nic z tego nie wyjdzie.

Nie może też być mowy o tym, by przejmowanie banku wskutek decyzji administracyjnej organu nadzoru było niezgodne z konstytucją bądź z prawem unijnym. To popularny w ostatnich dniach argument, lecz – przede wszystkim w stosunku do kwestionowania rozwiązania w świetle prawa wspólnotowego – wynikający z niewiedzy. Warto bowiem wiedzieć, że już w 2014 r. w Unii Europejskiej uchwalono dyrektywę BRRD (Bank Recovery and Resolution Directive) ustanawiającą ramy na potrzeby prowadzenia działań naprawczych oraz restrukturyzacji i uporządkowanej likwidacji instytucji kredytowych i firm inwestycyjnych. W największym skrócie: przewidującą zasady ratowania i restrukturyzacji banków. W 2015 r. stworzono też Single Resolution Board (SRB), czyli Jednolitą Radę ds. Restrukturyzacji i Uporządkowanej Likwidacji. To europejski organ unii bankowej.

W 2017 r. zaś mechanizm przejmowania banku wskutek decyzji nadzoru przetestowano w Hiszpanii. Piąty co do wielkości Banco Popular został błyskawicznie przejęty przez Santandera. Abym nie był posądzony o opisywanie tego przypadku jedynie dla potwierdzenia stawianej przeze mnie tezy, oddam na chwilę głos Jackowi Ramotowskiemu z ObserwatorFinansowy.pl. Opisywał on bowiem przejęcie Banco Popular 3 sierpnia 2017 r., czyli na długo przed poznaniem przez nas wszystkich „planu Zdzisława”. „Decyzja podjęta została w ostatnim momencie. W środę 7 czerwca rano Hiszpanie, którzy otworzyli gazety, dowiedzieli się, że bank nie otworzy tego dnia oddziałów, bo nie ma gotówki. Później potwierdziła te informacje poniekąd szefowa SRB Elke Koenig, mówiąc, że Rada podjęła decyzję o resolution (przymusowej restrukturyzacji – red.) o godzinie 6.30, gdyż sytuacja nie cierpiała zwłoki. Banco Popular już nie było, a jego zobowiązania przejął Santander”.

Redaktor Ramotowski uznał, że pierwsza, modelowa wręcz przymusowa restrukturyzacja zakończyła się sukcesem. Trudno się z nim nie zgodzić: nadzór zadziałał szybko, ludzie mający pieniądze w Banco Popular nie wpadli w panikę (obudzili się jako klienci solidnego Santandera) i – co być może najważniejsze – nie trzeba było otwierać sakiewki podpisanej „ochrona depozytów”, a więc nie doszło do obciążenia podatników kosztami upadku banku.

Jednocześnie dostrzegam różnice między przejęciem Banco Popular (gdy decyzję zatwierdzała Komisja Europejska) a przejmowaniem banków w Polsce na podstawie decyzji KNF. Nie wdając się w szczegóły, instrumentarium, którym dysponować może państwo dla ratowania stabilności sektora, jest różnorodne. Wersja, którą umożliwia już unijna dyrektywa to ratowanie sytuacji, gdy bank już upada (stan obiektywny). Hipotetyczna wersja z decyzją KNF zakłada zaś, że nadzór rusza na ratunek, gdy to on uzna, że bank upada (stan subiektywny). Ta druga jest dalej idąca. I to jej wprowadzenie wymaga zmian w polskim prawie.

Oburzeni „planem Zdzisława” w gruncie rzeczy, choć z reguły sami o tym dobrze nie wiedzą, oburzają się nie ostatnim etapem, czyli wydaniem decyzji administracyjnej, lecz etapem wcześniejszym. Istotą przymusowej restrukturyzacji w najdalej idącym wariancie („bank za złotówkę”) jest to, by bank przejmowany znajdował się w fatalnej sytuacji. I tu teoretycznie możliwy staje się wariant nacjonalizacji prywatnej własności. Gdybyśmy bowiem odważnie założyli (do którego to założenia dziś nie widzę podstaw, niemniej jednak nie wiem, co wydarzy się jutro), że aparat państwowy usilnie gra na niekorzyść jednego podmiotu gospodarczego, mógłby spychać go w stronę upadłości. Mógłby to robić właśnie po to, by podmiot ten został przejęty przez inny bank, kontrolowany przez Skarb Państwa. Czy to przypadek imperium Leszka Czarneckiego? Nie. Czy to przypadek niemożliwy? Obawiam się, że mało prawdopodobny, ale niedający się wykluczyć. Wynika to z systemowego kłopotu, gdy za nadzór nad sektorem bankowym, w którym intensywnie działają banki kontrolowane przez Skarb Państwa, odpowiada organ obsadzany według politycznego klucza. Doskonale by się stało, gdyby ustawodawca zdecydował się uniezależnić KNF od wyborów i woli polityków. Dla jasności: w urzędzie KNF pracuje wielu fantastycznych specjalistów. Ale najważniejsze decyzje podejmuje jednak kilkuosobowa komisja, w skład której wchodzą polityczni nominaci.

Dobrze by też było, by instrument tak potężny jak możliwość przejęcia banku w trybie decyzji nadzoru nie był wprowadzany do porządku prawnego za pomocą poselskich poprawek do już procedowanych projektów ustaw. Nie sprzyja to transparentności i wkłada oręż w ręce tych, którzy widzą w przymusowej restrukturyzacji narzędzie wywłaszczeniowe. Ustawowe możliwości ratowania stabilności sektora bankowego powinny każdorazowo być poddane konsultacjom i przyjmowane bez pośpiechu, byśmy nie odnosili wrażenia, że są tworzone pod konkretną przymusową restrukturyzację. W tym aspekcie ustawodawca zawodzi. Ale jeszcze bardziej by zawiódł, gdyby z proponowanych zmian się wycofał. Bo – niezależnie od dzisiejszej atmosfery wokół nadzoru bankowego i samego sektora – nie możemy sobie jako państwo pozwolić na wielomiliardową zrzutkę z powodu czyjejś upadłości.

>>> Czytaj więcej o aferze KNF