Wolne niedziele w handlu wprowadzono w marcu. Z punktu widzenia konsumentów oznaczało to brak możliwości zrobienia zakupów w niektóre dni, ale też wojnę cenową między sieciami spożywczymi. Po 10 miesiącach obowiązywania ograniczeń walka między nimi trwa w najlepsze. A jej efekty są po myśli konsumentów: przed świętami ceny żywności w popularnych marketach nie poszły w górę tak mocno, jak w poprzednich latach. Podwyżki sięgają maksymalnie 5,1 proc. Dla porównania – rok temu wynosiły od 17 proc. do nawet 30 proc. w zależności od sklepu.

W tym roku można też znaleźć przykłady sieci, w których za produkty na wigilijny stół zapłacimy mniej niż przed rokiem. Na przykład w Lidlu ceny zmalały o 7,9 proc. Największy spadek cen odczują jednak klienci E.Leclerca. W tym roku za koszyk podstawowych artykułów zapłacą w tej sieci aż o 19 proc. mniej niż przed Bożym Narodzeniem 2017. Wśród sieci, które zastosowały obniżki, jest też Carrefour. Jak wynika z porównania cen naszego „koszyka świątecznego” na przestrzeni kilku lat, ta sieć na tle konkurencji odznacza się najbardziej stabilnymi cenami.

– Sieci handlowe przeznaczyły gigantyczne środki na promocję. Wydatki uległy wyraźnemu nasileniu po wejściu w życie zakazu handlu w wybrane niedziele. W ten sposób sklepy chcą przyzwyczaić klientów do zmiany nawyków kupowania, czyli robienia większych zakupów w inne dni niż niedziele. Ale też do tego, że mogą kupić u nich dobre produkty w korzystnej cenie. Dużym sieciom przybył też nowy rywal: e-sklepy – komentuje Andrzej Faliński, ekspert handlu detalicznego. Dodaje, że gdyby nie te czynniki, podwyżki widoczne w sklepach w grudniu byłyby znacznie większe i bardziej odczuwalne dla konsumentów.

Dyskonty, wbrew nazwie, przestały być gwarantem najniższej ceny

Co powoduje, że koszyk tych samych podstawowych produktów świątecznych ma – zależnie od sklepu – różną wartość? Jeden z elementów to fakt, że sieci mają różne pozycje negocjacyjne w relacjach z dostawcami.

W tym roku najmniej za produkty na wigilijny stół zapłacimy w E.Leclercu – nieco ponad 90 zł. W Biedronce i Tesco na ten sam koszyk towarów wydamy ponad 110 zł.

Eksperci zwracają uwagę, że na niekorzyść Biedronki w zestawieniu może działać to, że oferowane w niej produkty mają niestandardową pojemność i wielkość. Ale przyznają, że dyskonty – wbrew nazwie – przestały być już gwarantem najniższej ceny. Jak zauważa Andrzej Faliński, ten, kto chce faktycznie zaoszczędzić na zakupach, powinien odwiedzać różne sklepy.

Jak wynika z badań firmy doradczej Deloitte, statystyczna rodzina przeznaczy w tym roku na żywność na święta 511 zł. Przed rokiem deklarowana kwota wydatków wynosiła 342 zł.

Zdaniem ekspertów trzeba się jednak szykować na to, że dobra passa dla klientów na rynku spożywczym nie potrwa długo. Sieci powoli robią się zmęczone ciągłą walką o konsumentów. Szczególnie że zaczyna ona mieć odzwierciedlenie w ich wynikach finansowych.

>>> Polecamy: Przedświąteczna gorączka w pełni. Jak zmieniły się zwyczaje zakupowe Polaków?

– Dotychczas firmy handlowe podwyżki wynikające choćby z inflacji brały częściowo na siebie. Jednak staje się to dla nich coraz trudniejsze. A muszą też coraz bardziej walczyć o pracowników, których brakuje na rynku. Mogą to robić tylko w jeden sposób: oferując coraz lepsze warunki pracy. To również ma przełożenie na wyniki finansowe – tłumaczy Bartosz Bolecki, analityk handlu detalicznego w firmie badawczej PMR.

To powoduje, że jeśli jedna z czołowych sieci podniesie ceny, w ślad za nią chcą iść pozostałe. – Szczególnie że sklepy nie muszą już obawiać się tego, że z powodu podwyżek utracą klientów. Z różnego rodzaju badań wynika, że cena przestała być już podstawowym kryterium wyboru. Liczy się również jakość produktów oraz dostępność samego sklepu – zauważa Bolecki. Według niego dowodzi tego przypadek Biedronki. Od kilku już lat nie plasuje się ona wśród najtańszych sieci. Mimo to cały czas zyskuje nowych klientów i umacnia swój udział w rynku.

rozmowa

Efekt 500 plus wyhamowuje

Na ile program „Rodzina 500 plus” pomaga w sfinansowaniu zakupów świątecznych?

Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium: Ciągle ma znaczenie. Z naszych najnowszych badań wynika, że gospodarstwa domowe zamierzają wydać tym roku na przygotowanie wigilii o około 7–8 proc. więcej niż przed rokiem. Największy wzrost deklarują właśnie rodziny będące beneficjentem programu. To pokazuje, że w kontekście konsumpcyjnym 500 plus działa. Zwłaszcza w gronie osób o najniższych dochodach, gdzie udział żywności w wydatkach jest największy. Ale też pamiętajmy, że to już kolejny rok obowiązywania programu. Do tego świadczenie nie rośnie, a inflacja jest wprawdzie niska, ale ceny jednak rosną.

Czy to więc oznacza, że ma coraz mniejszy wpływ na sytuację rodzin?

Pieniądze z rządowego programu wciąż zasilają dochody gospodarstw domowych, jednak realnie rzecz biorąc, na nieco mniejszą skalę niż na początku. W coraz większym stopniu idą na pokrycie wyższych cen towarów i usług. Na pewno dotyczy to żywności, której ceny wprawdzie wyhamowały w II półroczu, ale tylko z powodu efektu wysokiej bazy w 2017 r. Wkrótce dojdą podwyżki cen prądu, które może nie dotkną gospodarstw domowych bezpośrednio, ale będą miały wpływ na ich wydatki. Więcej za prąd będą płacić przedsiębiorcy, którzy większe koszty przerzucą na konsumentów swoich towarów i usług.