Westminster pogrąża się w chaosie, żaden z wariantów nie jest w stanie zyskać większości. Aby zachować resztkę prestiżu, decyduje się więc jeszcze raz zapytać o zdanie Brytyjczyków.
Ci, zdegustowani indolencją polityków i lepiej rozumiejący już konsekwencje wyjścia z Unii Europejskiej niż w 2016 r., postanawiają we Wspólnocie pozostać. Jeszcze tego samego dnia May pisze kolejny list do przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska, w którym informuje o wycofaniu wniosku o opuszczenie UE. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki staje się przeszłością, przykrym wspomnieniem i nauczką na przyszłość.
>>> Czytaj też: May popiera terminy brexitu. "Dłuższe opóźnienie jest niewłaściwe"
Taki wariant zawsze był mało prawdopodobny, ale teraz szanse na jego realizację są praktycznie zerowe. Pogrzebał je w środowe popołudnie Donald Tusk słowami: „W świetle konsultacji, jakie prowadziłem przez ostatnie parę dni, jestem przekonany, że krótkie wydłużenie członkostwa będzie możliwe. Pod warunkiem że Izba Gmin w pozytywny sposób zagłosuje nad porozumieniem wyjściowym”. W ten sposób Europa de facto wybrała za Brytyjczyków: albo 29 marca, albo pożegnanie za porozumieniem stron kilka tygodni później.
>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.
