Czy „Różowa Mysz” to mroczna baśń? Jej podtytuł głosi, że to „powieść czarodziejsko-polityczna dla dorosłych”?

Nie uważam, żeby „Różowa Mysz” była bardzo mroczna, w każdym razie nie jest mroczniejsza niż nasze powszednie istnienie. Po raz pierwszy pisałem bajkę – pisałem ją z taką myślą z tyłu głowy, żeby sporządzić coś na kształt mapy drogowej życia, to znaczy, by oddać w baśni kluczowe elementy egzystencji: śmierć, miłość, zdradę, więzi rodzinne, dobro i zło, a nawet pieniądze. Bajka, założyłem sobie, dobrze nadaje do tego celu przez swoją konwencjonalną sztuczność. Niech pan spojrzy na operę: w operze artyści wychodzą na scenę i donośnie śpiewają o swoich emocjach i swoim życiu, a publiczność uważa, że to jest całkiem normalne zachowanie (Wiktor Jerofiejew jest autorem libretta – opartego na własnej prozie – do opery „Życie z idiotą” Alfreda Schnittkego – przyp. pk). W bajce jest podobnie – tyle że śpiewa się o życiu w języku bajkowym. Może się początkowo zdawać, że zarówno opera, jak i bajka wybierają dość osobliwe środki wyrazu, ale w gruncie rzeczy da się za ich pośrednictwem opowiadać realistyczne historie, właśnie z powodu tej wyraźnej, ale oswojonej konwencji. Poza tym zauważyłem, że bajka zyskuje na stylistycznej energii, kiedy połączyć ją z ostrymi, potocznymi dialogami. „Różowa Mysz” stoi dialogami, trzyma się na nich.

A jeśli będzie za dużo metafor? Za dużo środków stylistycznych?

To nic nie szkodzi. To też coś znaczy, kiedy metafory masowo się odklejają i spadają na ziemię. W każdym razie myślę, że natura ludzka staje się lepiej widoczna, gdy się o niej pisze w dziwnych bajkach, trochę cynicznych, trochę politycznych i z gruntu nieprawdopodobnych. Nawet to nieprawdopodobieństwo koresponduje z rzeczywistością: w mojej powieści narratorką jest 11-letnia dziewczynka, ale w rosyjskim wydaniu książka ma na czwartej stronie okładki znaczek „16+” – dozwolone od 16. roku życia. A zatem sama narratorka nie mogłaby tej książki przeczytać.

Czy ma pan potrzebę, żeby każda pańska kolejna książka była formalnie inna?

Nie lubię się powtarzać. Nabokov ciągle się powtarzał, wciąż pisał tę samą książkę, tę swoją megapowieść. Tak też można, nic złego w tym nie ma, ale mnie się taki autoplagiat kojarzy z utratą sił twórczych, które można by spożytkować w jakimś ciekawszym celu. Wie pan, literatura konkuruje współcześnie z wieloma innymi mediami. Piosenki, komiksy, telewizja, kino, gry – one są dużo wyraźniejsze, mocniejsze. Literatura wygląda przy nich jak bezsilna staruszka. A ja bym wolał, żeby wyglądała jak młody chłopak z solidnym przyrodzeniem.

Z czego jeszcze się panu wzięła „Różowa Mysz”? Napisał pan esej, który jakiś czas temu ukazał się w polskim przekładzie na łamach „Gazety Wyborczej” – rzecz o Nastii Rybce, luksusowej prostytutce, która zaczęła sypać swoich klientów z politycznej elity – i jest tam takie zdanie: „Życie polityczne w Rosji przypomina podwodne królestwo, z którego od czasu do czasu wynurzają się na powierzchnię przedziwne stworzenia”. W „Różowej Myszy” mamy i podwodne królestwo, Dno, i wynurzające się przedziwne stworzenia.

źródło: DGP

Kiedy pisałem to zdanie, myślałem o swojej książce. Jedna z najpopularniejszych rosyjskich legend opowiada o mieście Kitież, które Bóg ukrywa – na zawsze – na dnie jeziora, żeby je ocalić przed Tatarami. Jest to więc nie tylko symbol nagrody za ofiarność i pobożność, ale też historia o ucieczce w tradycjonalizm, w konserwatywny porządek moralny. Ale u mnie w podwodnym królestwie mamy zarówno konserwatywną mitologię, jak i buzującą rewolucję: ostatecznie rewolucje biorą się właśnie z buntu przeciwko ancien régime’om. W „Różowej Myszy” opisuję mechanizm rewolucyjny, który zawsze ma w sobie element przyszłej klęski: każda rewolucja jest nieudana, im większa, tym bardziej. Dla mnie to kolejny element tej egzystencjalnej mapy drogowej, o której już wspominałem.

Cały wywiad przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP

Wiktor Jerofiejew jeden z najważniejszych współczesnych pisarzy rosyjskich – powraca z powieścią „Różowa Mysz”, postmodernistyczno-baśniową historią o tym, jak żywi odwiedzają zaświaty, „podwodne imperium Car-Dna”, a także o tym, co może wyniknąć ze spotkania życia z nie-życiem i czasu z bezczasem. Oczywiście u Jerofiejewa czytelnika traktuje się poważnie – innymi słowy, nie będzie to lektura łatwa i przyjemna, raczej kluczenie po labiryncie wzniesionym w literackim świecie, w którym związki przyczyn i skutków bywają nieco inne niż w naszej rzeczywistości. Jest to literatura żartu, kaprysu, podświadomych skojarzeń – skrywa jednak poważną refleksję egzystencjalną. Naturalnie pisze się tu także o Rosji, niemniej, jak mówi nam autor, nawet wówczas, gdy pojawiają się u niego rosyjskie dekoracje, są one tłem dla życia, którego podmiotem jest człowiek.