Po co ekonomii filozofia?

Żeby w ogóle móc o tej ekonomii sensownie rozmawiać.

Jak to?

Ludwig Wittgenstein pisał, że granice naszego świata są wyznaczane granicami naszego języka. Filozofia jest po to, żeby trochę poza te granice wyjść. To takie „kosmiczne wygnanie” pozwalające spojrzeć na ekonomię jako naukę z zewnątrz. Dopiero z takiej perspektywy możemy odpowiadać na te wszystkie ważne pytania, które z całą mocą zaczęto zadawać zwłaszcza po kryzysie 2008 r. Czy w ekonomii dokonuje się postęp? Czy w ogóle w tej nauce możemy mówić o postępie, tak jak o postępie mówi się w medycynie, informatyce czy fizyce? Czy ekonomia może przewidywać? Czy może być wolna od sądów wartościujących, być czystym opisem gospodarki? Jaką wartość poznawczą mają modele ekonomiczne? Takich pytań jest wiele, a filozofia ekonomii pozwala je klarowniej formułować i lepiej na nie odpowiadać.

>>> Czytaj też: Imperializm ekonomiczny nie jest taki zły? Może pomóc w walce z nienawiścią 

A jak sami ekonomiści na to patrzą? Nie traktują czasami filozofów jako nieproszonych gości w eleganckim świecie doskonałej konkurencji i ogólnej równowagi?

Ekonomia jako nauka funkcjonuje od ok. 200 lat, od czasów Adama Smitha, i przecież u swoich źródeł była właściwie pokłosiem refleksji filozoficznej.

Adam Smith zaczął od traktatu o filozofii moralności, a nie „Bogactwa narodów”...

Właśnie. O tym mówię. Ale możemy cofnąć się jeszcze dalej, do Arystotelesa, który w swoich pracach również podejmował wątki ekonomiczne. Zastanawiał się nad naturą pieniądza czy kwestią sprawiedliwej dystrybucji dóbr.

Niemniej dzisiaj ekonomista nie kojarzy się z osobą filozofującą.

Jest tak, ponieważ od końca XIX w. w ekonomii zaczęło dominować przekonanie, że może ona stać się czymś na wzór fizyki nauk społecznych. Takie podejście było rezultatem ogólnej scjentystycznej atmosfery, jaka panowała w tamtych czasach. Nauka miała móc wszystko dokładnie wyjaśniać. Rudolf Carnap, filozof i matematyk, przedstawiciel koła wiedeńskiego, mawiał, że świat nie ma głębi, więc po cóż jej poszukiwać. To przekonanie później utrwalił i wprowadził do głównego nurtu ekonomii Paul Samuelson, autor najpopularniejszego w historii podręcznika akademickiego z tej dziedziny.

Da się z tym przeświadczeniem zerwać?

To już się dzieje i to właściwie od lat 70 XX w. Jeszcze pół wieku temu dominowało przekonanie, że gospodarka jest mechanizmem, prostą sumą części składowych, które wystarczy zmierzyć, żeby ją całkowicie opisać i poznać. Ale w końcu uznano to za nieuprawniony redukcjonizm. Już Alfred Marshall, autor pojęć fundamentalnych dla ekonomii, pisał w XIX w., że „katedra to coś więcej niż suma kamieni, z których jest zbudowana”. Marshall postrzegał gospodarkę jako organizm, a nie mechanizm, a więc coś wielokrotnie bardziej złożonego i dynamicznego. Mawiał, że każda epoka historyczna i kontekst potrzebują swoich ekonomii. Dzisiejsza ekonomia do takiego organicystycznego widzenia świata zaczyna powracać, a przynajmniej toleruje większy pluralizm, dopuszczając takie stanowisko do głównego nurtu. I dobrze. Według mnie przekonanie, że da się mieć czystą ekonomię, taką swoistą fizykę nauk społecznych, jest absurdem. Każdy model ekonomiczny musi opierać się na pewnych założeniach filozoficznych. Weźmy model racjonalnego konsumenta. Gdy zakładamy, że maksymalizuje on użyteczność, tak naprawdę przyjmujemy, że jest utylitarystą i patrzy na świat wyłącznie z perspektywy kalkulacji zysków i strat. A przecież można sobie wyobrazić model, który zakłada zupełnie co innego. 

Całą rozmowę z Łukaszem Hardtem przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP