Od czasu, gdy pod koniec października stało się jasne, że przedterminowe wybory są nieuniknione, sondaże poparcia dla partii politycznych publikowane są w Wielkiej Brytanii praktycznie codziennie. Choć ich wyniki nieco się różnią, można zauważyć pewne wyraźne trendy.

We wszystkich sondażach na pierwszym miejscu są konserwatyści - w tych opublikowanych już po oficjalnym rozwiązaniu parlamentu, czyli od 6 listopada, uzyskiwali on poparcie od 35 (badanie Survation przeprowadzone 6-8 listopada) do 42 proc. (badanie YouGov/Sky News z 11-12 listopada). Przy czym to raczej ten niższy wynik jest wyjątkiem, bo zwłaszcza w najświeższych sondażach poparcie dla torysów oscyluje na poziomie 39-41 proc.

W przypadku konserwatystów wart podkreślenia jest także trend wzrostowy - widoczny w średnim okresie, czyli od czasu, gdy w lipcu na czele partii i rządu stanął Boris Johnson (wówczas poparcie dla konserwatystów i laburzystów było porównywalne i wynosiło po 25-30 proc.), ale też w ostatnich dniach (w drugiej połowie października średnia sondażowa oscylowała na poziomie ok. 35 proc.).

Jednak poparcie rośnie również dla znajdującej się na drugim miejscu Partii Pracy - o ile od sierpnia średnia sondażowa dla tego ugrupowania wynosiła ok. 25 proc., to w sondażach przeprowadzonych po rozwiązaniu parlamentu laburzyści uzyskiwali od 26 do 31 proc., przy czym to również ten niższy wynik jest wyjątkiem.

Rosnące poparcie dla obu głównych partii oznacza, że dystans między nimi mniej więcej się utrzymuje (wynosi on od 6 punktów proc. we wspomnianym badaniu Survation do 14 punktów w sondażu YouGov/Sky News), za to rośnie ich przewaga nad pozostałymi.

Reklama

Zarówno w przypadku Liberalnych Demokratów, którzy postulują natychmiastową rezygnację z wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, jak i eurosceptycznej Partii Brexitu, regres jest widoczny. Liberalni Demokraci jeszcze we wrześniu mieli bardzo zbliżone poparcie do laburzystów (a były sondaże, w których nawet ich wyprzedzali), a teraz zamiar głosowania na nich deklaruje 15-17 proc. pytanych.

Powstała w zeszłym roku Partia Brexitu, która w maju wygrała brytyjskie wybory do Parlamentu Europejskiego, od lata miała stałe poparcie na poziomie ok. 11-14 proc. Tymczasem w sondażach listopadowych wyniosło ono między 4 a 10 proc., przy czym najbardziej miarodajna może być ta pierwsza liczba - badanie YouGov/Sky News, z którego pochodzi, jest jak dotąd jedynym, jakie przeprowadzono po decyzji Partii Brexitu, by nie wystawiać kandydatów w połowie okręgów wyborczych.

Pomimo tych dość wyraźnych trendów trzeba pamiętać o dwóch sprawach. Po pierwsze, w brytyjskim systemie jednomandatowych okręgów wyborczych procentowe poparcie dla poszczególnych partii nie ma bezpośredniego przełożenia na miejsca w Izbie Gmin. Widać to zwłaszcza na przykładzie mniejszych ugrupowań - Szkocka Partia Narodowa w poprzednich wyborach w 2017 r. zdobyła w skali kraju 3 proc. głosów, ale dzięki zwycięstwie w ponad połowie okręgów w Szkocji jej deputowani stanowili niemal 6 proc. składu Izby Gmin. Z drugiej strony w 2015 r. roku Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa zajęła wyraźne trzecie miejsce z poparciem 12,3 proc., ale zdobyła tyko jeden mandat.

Po drugie, należy brać pod uwagę możliwy wpływ na ostateczne wyniki czynników trudnych do przewidzenia, takich jak obecnie trwające powodzie w północnej i środkowej Anglii (sprawność niesienia pomocy w ocenie opinii publicznej może przełożyć się na notowania konserwatystów) czy pogoda w samym dniu głosowania (nie jest przypadkiem, że po raz ostatni wybory w grudniu przeprowadzone zostały prawie 100 lat temu).

Ponadto Johnsonowi nie chodzi tylko o to, by konserwatyści zajęli pierwsze miejsce w wyborach, lecz by uzyskali bezwzględną większość w Izbie Gmin; bez niej rządzenie byłoby równie trudne jak dotychczas. Na razie może jednak z umiarkowanym optymizmem patrzeć na wyborcze prognozy.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński (PAP)