Internet jako opowieść idioty. Media trzeba rozumieć i je sobie dawkować [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 5 minut
29 grudnia 2019, 13:00
Media społecznościowe
Media społecznościowe/ShutterStock
Większość ludzi nie zionie nienawiścią. Tylko w mediach społecznościowych dominują hejterzy. Gdybyśmy wszyscy byli tacy jak w internecie, świat by już nie istniał - mówi Jacek Dąbała, kierownik Katedry Warsztatu Medialnego i Aksjologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
4403248-u7d83-jacek-20dabala-fot-20p-20golkiewicz-materialy-20prasowe-20-p.jpg
Jacek Dąbała kierownik Katedry Warsztatu Medialnego i Aksjologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. fot. Golkiewicz/Mat. prasowe

Nigdy się specjalnie na ten film nie nastawiam. Ale jest emitowany od tak wielu lat, że zdarzyło mi się kilka razy trafić na niego i obejrzeć.

Bo „Kevin” wciąga. Ma atrakcyjną fabułę, wyraziste postaci, ciepły klimat. Walka chłopca z przestępcami próbującymi okraść dom jest pokazana humorystycznie, nie ma w niej prawdziwej wrogości, film niczym widza nie straszy, nie śnią się potem koszmary. Miła, przyjazna opowieść, w sam raz na święta.

Polubiliśmy „Kevina” – zresztą nic dziwnego, bo ten chłopiec ma nieprawdopodobnie dużo uroku – i po tylu latach dla wielu stał się niemal domownikiem. Gwarantuje bezpieczny sposób spędzenia czasu: wiadomo, że niczym złym nas nie zaskoczy, trochę rozbawi, trochę wzruszy. Do tego łączy pokolenia, bo w kolejnych latach zasiadają przed ekranem nowe osoby: rodzice, dzieci, dziadkowie, a i pradziadek się wciągnie. „Kevin” gromadzi rodziny, co nie jest takie łatwe w dobie rozpraszających naszą uwagę portali społecznościowych. Ludzie odczuwają tęsknotę za uczuciami, myślami i wrażeniami, które im kiedyś towarzyszyły przy oglądaniu tego filmu. Szukają samych siebie sprzed lat.

Żeby się uspokoić, zapomnieć o problemach, poczuć wspólnotowość, bliskość. Nawet obcy ludzie w poczekalni na dworcu lotniczym, oglądając perypetie „dobrego znajomego” Kevina, mogą się poczuć razem, poczuć magię świąt.

Telewizja wciąż może kreować poczucie bycia razem – ale jedynie w wyjątkowych warunkach. Tak jak w przypadku „Kevina” właśnie: muszą być odpowiedni program i odpowiednia okazja. W tym filmie jest dużo empatii i ona stanowi jego siłę. Bo o czym jest ta historia? Uświadamia nam trudność znalezienia we współczesnym świecie bliskiego człowieka. Pokazuje, jak ważna jest rodzina. W tej filmowej są kłótnie, złośliwości, są samotność i poczucie bycia pominiętym, są wszystkie codzienne niedoskonałości – a jednak w decydującym momencie bohaterowie chcą być razem i pędzą z powrotem do domu, bo jeden z nich się zgubił. „Kevin sam w domu” jest też ilustracją niepokoju o bliskich, z którymi z różnych powodów nie możemy się spotkać, i tęsknoty za nimi. Na co dzień łatwiej jest przed takimi pytaniami uciec, ale w święta chcemy wiedzieć, co się dzieje z bliskimi.

Nawet w czasach, gdy – jak nam się dziś wydaje – telewizja bardziej łączyła ludzi, równoległe patrzenie w ekran nie tworzyło prawdziwych więzi. Prawdziwą przyjemność z oglądania świątecznego „Kevina” odczuwamy w gronie rodziny czy, jak pani koleżanka, przyjaciół. Ale to, że sąsiad za ścianą też ogląda, nic mi nie daje. A już na pewno nie robi prawdziwej wspólnoty z całej kilkumilionowej widowni.

W dużym stopniu mamy z tym do czynienia w mediach społecznościowych. Tam łączenie jest szczególnie powierzchowne. Ci ludzie z internetu niby są wokół nas, nawet wydaje nam się, że z nimi rozmawiamy, wymieniamy komentarze, oglądamy ich zdjęcia: w domu, w pracy, na wakacjach, z kotem, z dzieckiem, przy śniadaniu… Ale nie ma tam żadnej głębszej relacji. Nikt się przecież naprawdę nie martwi o znajomych z Facebooka, czy założyli ciepły szalik, czy nie jest im smutno i źle. Facebook, Twitter, Instagram i inne serwisy dają nam pozory wspólnoty. Nasze podejście do mediów społecznościowych jest smutne i niebezpieczne. Zbyt często szukamy tam tego, czego powierzchowny – a nierzadko też nieprawdziwy – wpis w internecie nie jest w stanie zapewnić, co może nam dać tylko prawdziwa relacja z drugim człowiekiem. Media społecznościowe nie wyzwoliły ludzi z samotności, nerwic, chorób.

Oczywiście. Zwłaszcza że Instagram jest z tych mediów najbardziej powierzchowny. Opiera się na ludzkim narcyzmie i interesowności. Jedni zaspokajają tam tęsknotę za uznaniem i akceptacją – a z drugiej strony ci, którym udało się zebrać odpowiednio duże grono followersów, robią na tych tęsknotach jak najbardziej realny i coraz lepszy interes. Naiwność zderza się tam z wyrachowaniem, zaradnością, a w grę wchodzą coraz większe pieniądze. Natomiast na żadnym etapie nie ma na Instagramie mowy o prawdziwej bliskości. To jest wręcz zaprzeczenie bliskości.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w świątecznym wydaniu Magazynu DGP i na EDGP

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj