Pierwszy spokojnie informuje, drugi – stał się ministrem do spraw nadzwyczajnych i kryzysowych, który koordynuje w imieniu szefa rządu zarządzanie chaosem i paniką.

Czas, aby się wyłonił rządowy lider zarządzania kryzysem, jaki dla gospodarki niesie koronawirus. Epidemia przerwała globalne łańcuchy dostaw, uderza w płynność przedsiębiorstw, powoduje zatory płatnicze, problemy z regulowaniem zobowiązań podatkowych, prowadzi do zawieszania produkcji na czas bliżej nieokreślony. Zatrzymanie się podażowej strony gospodarki w szybkim tempie będzie prowadziło wiele krajów do recesji, a w najlepszym przypadku do silnego spowolnienia wzrostu PKB.

Kryzysu lat 2008–2009 i tego, jaki dziś niesie wirus, nie da się porównać. Inna jest ich przyczyna, inne są środki zaradcze i inne konsekwencje. Jedno jednak łączy obie sytuacje – rząd musi prowadzić politykę gospodarczą, budżetową w sytuacji ekstremalnej niepewności. Nie ma żadnego modelu, który pozwoliłby przewidzieć, na jak długo i jak silnie koronawirus ograniczy aktywność gospodarczą. Podobnie jak w 2009 r. nie dało się przewidzieć, czy i kiedy banki oraz inwestorzy zaczną sobie ufać. Brak możliwości przewidzenia konsekwencji epidemii powoduje, że trudno jest przygotować adekwatną odpowiedź państwa. Trzeba swoisty pakiet antykryzysowy wypracować z dużą ostrożnością i precyzją. Dodatkowo ustrzec się przed pokusami zaordynowania najprostszych działań budżetowych, czyli zwiększenia transferów do obywateli, aby ci wydawali i podtrzymywali konsumpcję, a tym samym nakręcali koniunkturę.

>>> Czytaj też: Czy koronawirus doprowadzi do kolejnego kryzysu finansowego?

Cenę wyższego deficytu warto zapłacić, jeśli przyniesie coś więcej niż kolejny transfer socjalny

Takie działanie najprawdopodobniej będzie przeciwskuteczne i bardzo kosztowne – doprowadzi do wzrostu deficytu i długu publicznego. Impuls fiskalny nie przyniesie zaś spodziewanego efektu. Przestrzegają przed tym Marek Rozkrut i Sławomir Dudek, dwaj byli dyrektorzy departamentu polityki makroekonomicznej w Ministerstwie Finansów. Obaj pamiętają z pracy w resorcie kryzys lat 2008–2009 i kolejny związany z zadłużeniem w strefie euro. Obaj przestrzegają przed wspieraniem konsumpcji i wskazują, że problemem będzie płynność w przedsiębiorstwach.

Coraz bardziej oczywiste staje się, że impuls budżetowy jest konieczny. Może odbyć się on po stronie kosztów dla finansów państwa związanych np. z rozłożeniem na raty zobowiązań podatkowych czy płatności składek na ubezpieczenia społeczne. Mit zrównoważonego budżetu upadł już dawno, więc nikt w tak nadzwyczajnej sytuacji nie będzie miał pretensji do ministra finansów, jeśli przygotuje pakiet działań, które będą prowadziły do pojawienia się deficytu. Kluczowe jest bowiem zahamowanie rozprzestrzeniania się wirusa i zapewnienie firmom oraz ich pracownikom przetrwania trudnego okresu. Dobrze uszyty plan, który przekona biznes, że ktoś w rządzie czuwa, może obok wymiernego efektu dla działalności gospodarczej przynieść też efekt psychologiczny.

Tutaj pojawia się jednak pytanie: czy leci z nami pilot? Kto odpowiada dzisiaj za pakiet działań gospodarczych? Minister finansów Tadeusz Kościński? Minister rozwoju Jadwiga Emilewicz? Premier Mateusz Morawiecki? Potrzebny jest jeden lider, który będzie w dialogu z przedsiębiorcami i będzie zarządzał kryzysowym zespołem przygotowującym odpowiedzi na oczekiwania firm. Dobrze gdyby ten lider był równie opanowany jak minister zdrowia i pamiętał, że wydać pieniądze jest relatywnie łatwo. Trudniej dopilnować, aby pomoc trafiła do branż i sektorów gospodarki, które jej realnie potrzebują. Cenę wyższego deficytu warto zapłacić, pod warunkiem że przyniesie on coś więcej niż kolejny transfer socjalny mający pobudzić konsumpcję. Z deficytu bowiem wychodzi się trudno, szczególnie jeśli się nad nim nie zapanuje w ferworze walki z kryzysem.

>>> Czytaj też: Emilewicz: Sytuacja jest najpoważniejsza od 2008 r. Szykujemy projekt specustawy dot. rozwiązań dla gospodarki