Do WOT przychodzi młody człowiek, który raz albo dwa razy w miesiącu jest na szkoleniu i dostaje wszystko, co najnowsze. A żołnierz, który jest po misjach, szkoleniach, ma doświadczenie, pół życia poświęcił służbie, nie może się doczekać na nowe buty.
Pan jest na emeryturze.
Tak, ale wciąż jestem żołnierzem. Co prawda rezerwy, ale jednak żołnierzem. Śledzę to, co się dzieje w armii. I szczerze powiem, że gdybym był w wojsku i dostał informację o zagrożeniu epidemicznym, to od razu zacząłbym przygotowania.
Do czego?
Do tego, żeby wojsko było gotowe do działania. Na początku grudnia były pierwsze informacje o groźbie epidemii. A u nas przez dwa, a nawet dwa i pół miesiąca w zasadzie nic się nie działo. Więcej, działano na niekorzyść społeczeństwa. W styczniu minister Błaszczak odwołał kierownictwo Ośrodka Diagnostyki i Zwalczania Zagrożeń Biologicznych w Puławach. To obniżyło stopień bezpieczeństwa epidemiologicznego Sił Zbrojnych i całego kraju. Poza tym w styczniu powinny być ćwiczenia, testy polowej infrastruktury szpitalnej. Wszystko powinno być odkurzone i przetrenowane.
A skąd pan wie, że nie było?
Wiem, bo wtedy wszyscy politycy mówili, że grypa jest groźniejsza niż koronawirus. Nikt się nie przejmował epidemią. Kiedy we Włoszech zaczęło być poważnie, my tu w Polsce powinniśmy już być gotowi na wszystko, a nie byliśmy na nic. Nikt się nie przejmował tym, że powinien być zapas maseczek i kombinezonów dla żołnierzy. Właśnie wtedy należało je zakupić w ramach, jak to się w wojsku mówi, pilnej potrzeby operacyjnej. Jak dotąd pomagaliśmy przy pożarach, powodziach i różnego rodzaju katastrofach, ale nie przy przeciwdziałaniu pandemii. Jeszcze w lutym mówiłem publicznie, żeby prezydent zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Wiem, że z moim głosem się nie liczy, ale sprawa zaczynała się robić poważna.