O ile sytuacja deweloperów w kryzysie jest bardzo zła, o tyle sytuacja firm budowlanych wydaje się jeszcze gorsza. Deweloperzy mówią, że w tym roku nie rozpoczną żadnych nowych inwestycji. To oznacza, że dla firm budowlanych pracy będzie jeszcze mniej?

- I dlatego właśnie - przewidując zastój w budownictwie mieszkaniowym - od dawna koncentrujemy się na innych, bardziej perspektywicznych segmentach rynku, takich jak budownictwo komercyjne (centra handlowe), infrastruktura, budownictwo inżynieryjne i drogowe. Bardzo intensywnie rozwijamy również działalność w Europie Zachodniej, szczególnie w Niemczech. W Polsce przychody w budownictwie kubaturowym spadną nam rzeczywiście o kilka procent, ale ten spadek jest rekompensowany przez podwojenie eksportu i dynamiczny wzrost przychodów w budownictwie infrastrukturalnym i drogowym. W tym roku rzeczywiście nie ma inwestycji mieszkaniowych, ale dotyczy to szczególnie dużych miast. Znaczą część mieszkań kupowano tam w celach spekulacyjnych - kupić i za jakiś czas drożej sprzedać. Tego zjawiska nie było w mniejszych miejscowościach. W Bydgoszczy i Toruniu, gdzie działa nasza spółka zależna Budlex, deweloper mieszkaniowy, nie było tego sztucznego popytu i windowania cen. Dlatego w Warszawie na 10 tys. mieszkańców jest obecnie 80 gotowych mieszkań, w Toruniu i Bydgoszczy tylko sześć. W dużych miastach trzeba poczekać aż ta nadwyżka zostanie wykupiona. Dlatego według mnie ceny mieszkań w takich miastach jak Warszawa i Wrocław będą dużo szybciej spadać. Na tych lokalnych rynkach kryzys mieszkaniowy będzie mniejszy i ceny spadną o 10-15 proc. W dużych aglomeracjach te spadki mogą wynieść nawet 20-30 proc.

Ale chyba z pana punktu widzenia kryzys ma też dobre strony, bo na przykład pracownikom można płacić mniej.

- Nie wykorzystujemy sytuacji i wcale nie płacimy mniej. Przeciętny pracownik zarabia u nas 4 tys. zł miesięcznie, a w projektach zagranicznych 1,5-2 tys. euro. To nie jest mało. Nie zamierzamy nikogo zwalniać, a nawet planujemy zwiększyć zatrudnienie. Niedawno wysłaliśmy za granicę kolejnych 200 pracowników. Teraz mamy ich już w sumie 500.

To dziwne, bo w Niemczech i Francji kryzys jest głębszy niż w Polsce.

- GWI - nasza firma w Niemczech - podwoi w tym roku przychody z 45 do 90 mln zł. Gdybyśmy mieli więcej pracowników w nadzorze, to na rynku niemieckim natychmiast moglibyśmy zatrudnić kolejne 200 osób. Wbrew pozorom w Polsce brakuje budowlańców, brakuje majstrów i kierowników budów. Szukamy pracowników na budowy eksportowe.

Od początku tego miesiąca w stolicy cena upoważniająca do skorzystania z kredytu z dopłatą wzrosła do 7,2 tys. zł za metr kwadratowy. Czy można w tej cenie w stolicy budować?

- Oczywiście. Wszystko zależy od ceny działki. Koszt budowy metra kwadratowego mieszkania to dzisiaj ok. 3-4 tys. zł, a cena mieszkania zależna jest od ceny działki, czyli lokalizacji. Dla porównania w Toruniu sprzedajemy mieszkania za 4-6 tys. zł, ale działka kosztowała nas tylko 500 zł za metr kwadratowy.

Prezesi firm budowlanych powtarzają, że z powodu kryzysu będą się koncentrować na inwestycjach infrastrukturalnych, bo tutaj pieniędzy na budownictwo nie zabraknie. W efekcie w przetargach jest bardzo duży tłok i ceny spadają.

- W kraju I kwartał tego roku był dobry. Rozpisane zostały przetargi drogowe na 11 mld zł. To bardzo dużo w porównaniu z ubiegłym rokiem - w 2008 roku w I półroczu nie było w ogóle nowych przetargów. Ceny w przetargach są rzeczywiście o 20-30 proc. niższe od cen budżetowych. Konkurencja wymusza ten spadek, ale w efekcie wszystko można budować taniej: metro, stadiony, mosty i drogi. W sumie rynek budowlany w Polsce ma wartość ok. 80 mld zł, z czego drogi to ok. 24 mld. W Niemczech cały rynek budowlany ma wartość 50 mld euro, czyli ponad 220 mld zł. Niemcy będą teraz bardzo dużym rynkiem budowlanym ze względu na rządowy program pobudzenia gospodarki wartości kolejnych 50 mld euro. Staramy się jednak unikać dużych kontraktów, w których czas realizacji wynosi ponad trzy lata. Przy takim okresie trwania budowy i przy obecnej sytuacji nie sposób zaplanować kosztów takiej inwestycji. Nasza strategia na ten rok zakłada realizację mniejszych kontraktów, które gwarantują stabilizację finansową i utrzymanie wysokich poziomów marży.

Dlaczego Erbudu nie ma przy przetargach autostradowych?

- Staramy się koncentrować na drogach krajowych i regionalnych. Przy budowie autostrad są wyraźnie niższe marże sięgające 2-3 proc. Przy drogach okręgowych dochodzą one do 8-10 proc. Liczymy nie tylko na drogi. Z racji naszego doświadczenia w budowie elektrowni, oczyszczalni chcemy wziąć udział w tego typu przetargach w kraju. W przyszłym roku ma się rozpocząć budowa nowej elektrowni i chcemy w tym przetargu wystartować. Będziemy też startować w przetargu na budowę gazoportu w Świnoujściu.

DARIUSZ GRZESZCZAK

absolwent Politechniki Gdańskiej. Od 1993 roku jest w zarządzie spółki Erbud