Kuczyński: Coraz więcej podobieństw do jesieni 2008 roku

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
7 maja 2010, 09:01
Piotr Kuczyński, główny analityk Xelion. Doradcy Finansowi
Piotr Kuczyński, główny analityk Xelion. Doradcy Finansowi/Forsal.pl
To, co działo się w czwartek w USA można określić jedynie słowem panika. Gracze wszystkie informacje interpretowali tak, że pomagało to niedźwiedziom. Wystarczy spojrzeć na dane makro i na komentarze, żeby zobaczyć jak zmieniły się nastroje.

Ilość noworejestrowanych bezrobotnych nieznacznie spadła (z 448 na 444 tys.), ale po raz pierwszy od czterech tygodni spadła średnia czterotygodniowa. Mówiono jednak, że dopiero spadek poniżej 425 tys. poprawi sytuacje na rynku pracy. Dane o wydajności pracy (3,6 proc.) i o jednostkowych kosztach pracy (- 1,6 proc.) w pierwszym kwartale były wyraźnie lepsze od prognoz, ale mówiono, że wydajność mocno spadła w porównaniu do czwartego kwartału 2009. Sieci sprzedaży detalicznej informowały o sprzedaży w kwietniu. Była rzeczywiście gorsza od oczekiwań, ale prognozy tych sieci na kolejne miesiące były lepsze. Jak widać w innych nastrojach dane byłyby interpretowane jako pozytywne.

Rynkowi akcji szkodziły nie tylko nastroje, umocnienie dolara i spadek cen surowców. Wypowiadający się członkowie Fed (James Bullard i Jeffrey Lacker) ostrzegali, że europejskie zawirowania mogą zaszkodzić gospodarce USA. Poza tym mówiono o nowych pomysłach na regulacje sektora finansowego, a to przeceniało akcje z tego sektora. Indeksy prawie od początku sesji spadały, a przełamanie przez nie wsparć z połowy marca przyśpieszyło tempo spadku.

Na dwie godziny przed końcem sesji na rynku zapanowała prawdziwa panika, bo tylko tak można nazwać trzyprocentowe spadki S&P 500 czy NASDAQ. Potem zobaczyliśmy, co to znaczy piekło byków. W ciągu kilku minut indeksy spadły o 8-9 procent, załamały się kursy euro i rentowności obligacji oraz ceny surowców. Wyglądało to tak jakbyśmy wrócili do jesieni 2008 z Lehman Brothers w roli głównej. Nie widać było w agencjach żadnej informacji, która doprowadziła do tego spazmu podaży. Niewykluczone, że za ten dziewięcioprocentowy spadek odpowiadały automatyczne systemy inwestujące.

Indeksy po tym załamaniu zaczęły bardzo szybko odrabiać straty. Pomogło z całą pewnością oświadczenie Białego Domu: przygląda się rozwojowi sytuacji w Europie (w domyśle: jeśli będzie trzeba to będzie działał). Indeksy w ciągu pół godziny wróciły do poprzedniego poziomu spadków (3 procent). Potem sytuacja zmieniała się z minuty na minutę. Zakończyliśmy dzień ponad trzyprocentowymi spadkami, co i tak było wynikiem paniki. Sygnały sprzedaży umocniły się.

GPW rozpoczęła czwartkowa sesję od niewielkiego spadku indeksów. Widać było, że gracze czekają jedynie na niewielki pretekst, żeby doprowadzić do odbicia po dużych spadkach. Już po niecałej godzinie WIG20 zabarwił się na zielono. Potem było już tylko lepiej. Poprawa nastrojów na wszystkich rynkach europejskich prowadziła indeksy na północ.

Lekkie ochłodzenie widać było po opublikowaniu oświadczenia agencji Standard & Poor’s, w którym stwierdzano, że agencja nie będzie komentowała rynkowych spekulacji o możliwym obniżeniu ratingu dla Włoch. Potem jednak agencja potwierdziła ten rating i wszystko wróciło do normy. Niepewne rozpoczęcie sesji w USA doprowadziło jednak do niedużych spadków indeksów. Mieliśmy trochę szczęścia, że GPW nie pracowała wtedy, kiedy indeksy w USA spadały po 8-9 procent, bo źle by się to dla nas skończyło.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Xelion
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj