Wygląda na to, że autostrad nie da się budować tak tanio, jak wyobrażano sobie jeszcze rok temu. Wczoraj z gry wypadło konsorcjum, które na początku 2010 r. najniższą ceną wygrało kontrakt na budowę prawie 21 km trasy A4. NDI i SB Granit zaoferowały wykonanie zlecenia za 622,5 mln zł. To o połowę taniej, niż zakładał kosztorys Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Rząd rozwiązał umowę z winy wykonawcy. – Po upływie połowy czasu zrealizowano zaledwie ok. 17 proc. prac o wartości 87 mln zł – informuje Marcin Hadaj, rzecznik GDDKiA. To o blisko 184 mln mniej, niż zakładał harmonogram. Jak usłyszeliśmy w rządowej agencji do budowy dróg, wymiana pism w sprawie przyspieszenia tempa prac trwała już od lata 2010 r.

>>> Czytaj też: Sypie się plan budowy autostrad - spółka uciekła z placu budowy A4

Sprawa skończy się zapewne w sądzie, bo polsko-macedońskie konsorcjum nie chce wziąć na siebie winy. Twierdzi, że GDDKiA nie regulowała w terminie rachunków. Udowadnia także, że musi wykonać więcej prac, niż zakładał projekt. Dlatego wykonawca domagał się wydłużenia kontraktu o kilka miesięcy i dodatkowych 60 mln zł. Nie bez znaczenia dla tempa prac miała być również powódź, która zalała plac budowy wiosną ubiegłego roku. Według GDDKiA opóźnienie z tego powodu wynosiło jednak maksymalnie pięć tygodni.

– Takich niespodzianek może być więcej – mówi Adrian Furgalski, analityk rynku infrastruktury.

Reklama

Według niego kłopoty firm biorą się z szalonej konkurencji, która wybuchła po tym, jak branżę nawiedził kryzys. Do Polski zawitały firmy budowlane z całego świata, a polskie oddziały zachodnich koncernów oraz krajowa branża podjęły wyzwanie. Orężem w walce była cena. Efekt – przetargi rozstrzygane były po 70, 60, a nawet 50 proc. wartości kosztorysów.

– Teraz okazuje się, że umów podpisywanych na takich warunkach nie da się dotrzymać. Zwłaszcza po uwzględnieniu podwyżek ropy, stali i betonu – mówi Adrian Furgalski.

>>> Czytaj też: Wykonawca chce odstąpić od budowy odcinka A4 w Małopolsce

Według Dariusza Blochera, prezesa Budimeksu, jednego z liderów polskiej branży drogowej, koncerny faktycznie na bieżąco analizują opłacalność obowiązujących umów. Ale według niego duzi gracze, od lat obecni w Polsce, nie pozwolą sobie na zrywanie kontraktów. Takie zapewnienie składa również Konrad Jaskóła, szef Polimeksu-Mostostalu, który buduje jeden z odcinków autostrady A4.

Według naszych informacji najbardziej zagrożone są obecnie kontrakty na budowę ponad 90 km A1 z Torunia do Łodzi z udziałem irlandzkiej firmy SRB.

W branży drogowej mówi się głośno, że zerwany kontrakt na budowę A4 to dopiero początek kłopotów z terminową realizacją drogowych inwestycji. Podobny scenariusz może mieć miejsce na innych odcinkach. Wśród firm, które rozmawiają z GDDKiA o zmianie warunków kontraktów, m.in. o podwyższeniu ceny za wykonanie prac, jest Polimex-Mostostal, który wygrał sąsiadujący z fragmentem NDI odcinek autostrady A4.

– Liczę, że dojdziemy do porozumienia. Nie zakładamy zerwania kontraktu – zapewnia „DGP” Konrad Jaskóła, prezes Polimeksu-Mostostalu.

Według informacji „DGP” poważnie zagrożone są również kontrakty z udziałem spółki SRB Civil Engineering. Firma z Irlandii wspólnie z kilkoma partnerami, m.in. PBG, Aprivią, Hydrobudową, układa łącznie 94 km trasy A1 z Torunia do Łodzi. Nasze źródła twierdzą, że zaawansowanie prac na niektórych fragmentach nie przekracza nawet 5 proc.

Zagrożone są co najmniej dwa odcinki autostrady z Łodzi do Warszawy, które układa chińskie konsorcjum Covec. Azjatycki koncern po raz pierwszy wykonujący wielki projekt w Europie zdobył kontrakty z tak niską ceną, że ma teraz ogromne kłopoty ze znalezieniem podwykonawców.

Problem niskich stawek dotyczy większości kontraktów rozstrzyganych w latach 2009 i 2010. Szalona konkurencja spowodowała, że wykonawcy godzili się na ceny nawet o połowę niższe od kosztorysów opracowanych przez GDDKiA. Podwyżki cen surowców, m.in. stali i betonu, sprawiają, że umowy przestają być opłacalne.

Zerwany kontrakt z Macedończykami to sygnał dla branży, że rząd nie ugnie się przed żądaniami firm. Ale wielu wykonawcom bardziej może się opłacać wycofanie z kontraktu i zapłacenie 10 proc. kary umownej niż dołożenie do przedsięwzięcia znacznie większych pieniędzy.

Zagrożone kontrakty / DGP