Powszechność internetu pozwala na analizę zmian, jakie zachodzą w polskim społeczeństwie. Na przykład w aplikacji Google Trends można zobaczyć, jak często w Polsce wyszukuje się hasło „pogoda” w wyszukiwarce Google’a. Dane dostępne są od 2004 roku.
Co roku liczba zapytań z tym słowem rośnie, co prawdopodobnie jest związane z upowszechnieniem sieci. Widać jednak także trendy sezonowe – szczyt zapytań mamy w okresie letnim, co nietrudno uzasadnić trwającym akurat wtedy okresem urlopowym, podczas którego wielu użytkowników sprawdza, jaką będą mieli pogodę na wakacjach.
W Google Trends można też sprawdzić popularność różnych osób w wyszukiwarkach. Na przykład od 2004 systematycznie spada liczba wyszukiwań hasła „Doda”, rośnie natomiast hasła „Tusk”. W tym roku „Tusk” było jeszcze częściej wyszukiwanym hasłem niż w ubiegłych latach. Nasuwa się wniosek, że być może Polacy w końcu zainteresowali się polityką bardziej niż rozrywką. Ale to wniosek błędny, co pokazują dalsze badania trendów. Otóż hasło „Donald Tusk” jest podobnie popularne jak przed laty, natomiast silnie wzrosła liczba wyszukiwań hasła „Kasia Tusk” i to ono zawyża statystyki związane z nazwiskiem premiera. Więc jednak rozrywka cały czas górą, zmienia się jedynie relatywna popularność celebrytów w tej branży.
Reklama
Natomiast do bardzo poważnych i niepokojących wniosków można dojść, śledząc zmiany popularności trzech haseł: „reformy”, „dług” i „zakupy”. Otóż od 2004 roku zainteresowanie reformami stopniowo, lecz konsekwentnie spada, a w 2010 i 2011 roku osiągnęło dno. Dodatkowo latem prawie nikt nie wyszukuje tego hasła, bo – jak już wiadomo – mamy wtedy czas urlopów, a nie reform. Hasło „dług” staje się stopniowo coraz bardziej popularne, z jednorazowym silnym wyskokiem w górę w 2010 roku, co prawdopodobnie jest zbieżne z uruchomieniem licznika długu przez Leszka Balcerowicza w centrum Warszawy. Ale od tamtej pory statystyka wyszukiwań tego słowa jest wyższa niż poprzednio, a więc efekt edukacyjny został osiągnięty, bo ludzie faktycznie interesują się długiem bardziej niż kiedyś.
Widać też zmianę trendu wyszukiwań słowa „zakupy”. Po lekkim spadku w latach 2005 – 2007 i stabilizacji w latach 2007 – 2009, począwszy od 2010 r. następuje silny wzrost. Z pewnością wynika to ze zmian technologicznych, sklepy internetowe są coraz bardziej powszechne i sprzedaż za ich pośrednictwem wyraźnie rośnie. Jednak popularność hasła „zakupy” może też wynikać z pewnych zmian mentalnościowych społeczeństwa.
Co widać, gdy obserwuje się te trendy? Moim zdaniem analiza haseł z wyszukiwarki internetowej przedstawia obraz społeczeństwa, które nie interesuje się sprawami państwa, tylko zaspokojeniem swoim bieżących potrzeb. Zamiast pytać, jakie będą reformy (oczywiście zakładam, że chodzi o działania rządu i Sejmu zwiększające potencjał rozwojowy gospodarki, a nie o wielkie majtki, jakie nosiła Bridget Jones), co dalej z naszymi emeryturami oraz czy wzrośnie bezrobocie, zadajemy sobie pytania, gdzie najlepiej zrobić zakupy, czy sklep X oferuje lepszą promocję niż sklep Y.
Czy jest coś złego w tym, że ludzie interesują się zakupami, a nie reformami? W zasadzie nie ma, każdy ma prawo interesować się, czym chce. Jednak w takim społeczeństwie, skupionym na zaspokojeniu swojego apetytu tu i teraz, nieuchronnie rośnie ryzyko, że w przyszłości będzie trudniej te apetyty zaspokoić.
Zresztą są przykłady krajów, gdzie jest podobnie, gdzie hasło „zakupy” zdecydowanie dominuje nad pozostałymi, a zainteresowanie reformami jest niewielkie. Tylko że na przykład w USA i Wielkiej Brytanii liczba wyszukiwań słowa „shopping” stopniowo maleje, a w USA przez jakiś czas hasło „debt” było popularniejsze niż „shopping”, gdy Republikanie i Demokraci nie mogli się dogadać i USA groziło techniczne bankructwo. W Niemczech też wśród użytkowników wyszukiwarki Google też najbardziej popularne są zakupy (einkaufen), ale różnica z długiem (Schuld) była bardzo mała w minionych latach, choć teraz się powiększa na skutek rosnącej popularności zakupów. We Francji liczba wyszukiwań słowa zakupy (achats) od lat silnie spada, a liczba wyszukiwań słowa dług (detto) jest od połowy 2011 roku znacznie wyższa niż zakupy.
Dane te pokazują, że my, Polacy, stajemy się społeczeństwem nastawionym na kupowanie, na to, co mamy tu i teraz, a kwestie reform i długu pozostawimy naszym dzieciom i wnukom.