Zawarcie umowy jest jednym z warunków przyznania Atenom kolejnego pakietu pomocowego, bez którego państwo zbankrutuje. Cel jest klarowny: haircut, czyli darowanie części zobowiązań, ma doprowadzić do obniżenia długu do 120 proc. PKB.

Wówczas Grecja zyska możliwość dalszego samodzielnego oddłużenia. Pojawi się również szansa na wzrost gospodarczy w tym kraju. A prywatni wierzyciele Aten zamiast bankructwa państwa i utraty 100 proc. swoich pieniędzy odzyskają przynajmniej część utopionych w Grecji euro.

>>> Czytaj też: Nikogo nie stać na wyjście Grecji z eurolandu. Potrzebny trzeci pakiet ratunkowy

W tej układance jest tylko jedno ale. Dla części prywatnych wierzycieli bankructwo Aten jest korzystne. Ci liczą na pieniądze z CDS-ów, czyli instrumentów ubezpieczających na wypadek bankructwa. Rozmowy o wartym 206 mld euro zadłużeniu zostały zerwane w ubiegły piątek.

Grecja i reprezentujący prywatnych wierzycieli Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF) nie zdołały się porozumieć m.in. w sprawie poziomu oprocentowania obligacji, które zastąpią dotychczas obowiązujące. IIF żąda powiązania wysokości odsetek z poziomem wzrostu PKB Grecji. Im szybciej gospodarka by się rozwijała, tym więcej miałaby do zapłaty, na co władze nie chcą się zgodzić. IIF z kolei nie chce słyszeć o nieśmiałych na razie sugestiach rządu Lukasa Papadimosa, aby skreślić więcej niż uzgodnione na październikowym szczycie ostatniej szansy państw strefy euro 50 proc. zadłużenia. Grecja argumentuje to fatalnymi prognozami rozwoju gospodarczego na 2012 r., który będzie piątym z rzędu rokiem recesji. Skumulowany spadek greckiego PKB w latach 2008 – 2012 osiągnie według przewidywań Eurostatu 14,5 proc. Jak mówi telewizji BBC grecki analityk z JP Morgan Takis Jeorgakopulos, zawarciem umowy zainteresowane są obie strony.

Reklama

>>> Czytaj też: Kryzys niszczy społeczeństwo. Grecy to "nowi Palestyńczycy"

Grecja chce się uwolnić od części zadłużenia i zyskać prawo do wartego 130 mld euro programu pomocowego numer dwa. W tym tygodniu do Aten mają przyjechać przedstawiciele trojki (MFW, EBC i Komisja Europejska), od których rekomendacji zależy dalszy los wsparcia Grecji. Prywatni wierzyciele ryzykują: przez ich upór Ateny mogą zbankrutować, a wówczas banki i fundusze dysponenci greckiego długu mogą nie zobaczyć nawet eurocenta. Czasu jest niewiele. W marcu Grecja musi zrefinansować 14,4 mld euro zadłużenia. W kwietniu zaś będą wybory, które mogą jeszcze bardziej skomplikować sytuację polityczną w kraju. Wczoraj IIF w związku ze wznowieniem rozmów wydał oświadczenie potwierdzające tę tezę. „Ponawiamy naszą determinację do znalezienia porozumienia (…) i zachęcamy wszystkie strony do pracy w dobrej wierze z poczuciem pilności zadania” – czytamy.

W kuluarach pojawiła się jednak teza, w myśl której nie wszyscy członkowie IIF chcą sukcesu negocjacji. Do twardej postawy wobec Aten zachęcały przede wszystkim niektóre fundusze hedgingowe, jak hiszpański Vega Asset Management. To one stały też za zerwaniem rozmów w ubiegłym tygodniu. Niektórym instytucjom bardziej opłaca się formalne bankructwo Grecji niż 50- proc. redukcja zadłużenia. To pierwsze wyjście uruchomi bowiem wykupione przez nie CDS-y, czyli instrumenty ubezpieczające na wypadek bankructwa.

Przy zwykłej redukcji CDS-y pozostaną uśpione. Możliwa jest też walka, by od obecnego poziomu zadłużenia odpisać mniej niż założoną połowę, która zmniejszyłaby grecki dług publiczny o 29 proc. Poza porozumieniem i bankructwem jest też trzecia opcja: rozmowy kończą się fiaskiem, ale rząd Grecji jednostronnie decyduje, komu i na jakich warunkach oddać pieniądze. Wspominał o niej premier Papadimos w niedawnej rozmowie z „New York Timesem”. – Taką opcję także musimy brać pod uwagę – mówił grecki ekonomista.