Bielecki: Grecy pozują na ofiary niemieckiej bezwzględności

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
14 maja 2012, 03:16
Jędrzej Bielecki, dziennikarz działu życie gospodarcze świat
Jędrzej Bielecki, dziennikarz działu życie gospodarcze świat/DGP
Brak pracy dla połowy młodych ludzi, piąty z rzędu rok recesji, spadek o 1/3 średniej płacy – taki, zdaniem Aten, jest efekt polityki narzuconej przez Angelę Merkel. Żebracy na ulicach greckich miast i brutalne starcia z policją mają poruszyć sumienie Europy oraz doprowadzić do izolacji niemieckiej kanclerz, tak by w końcu odpuściła Grekom kurację uzdrawiającą.

 O tym, jak bardzo ta ocena jest rozpowszechniona, świadczą niedawne wybory, w wyniku których blisko 2/3 głosów padło na populistyczne ugrupowania dążące do zerwania programu oszczędnościowego. Grecy się jednak mylą. Do stanu, w jakim znajduje się ich kraj, doprowadzili sami. Nie tylko przez dziesięciolecia, które poprzedziły wybuch kryzysu, gdy rozwój Grecji paraliżowały układy korupcyjne, a Ateny fałszowały dane przesyłane do Brukseli.

Winne są też ostatnie cztery lata, podczas których związki zawodowe robiły, co mogły, by m.in. zablokować prywatyzację i otwarcie na konkurencję chronionych zawodów. Czy pokuta za grzechy jest zbyt surowa? Od wybuchu kryzysu dochód narodowy Grecji spadł łącznie o 14 proc. Jednak w trakcie szokowej terapii Leszka Balcerowicza polski PKB stracił 19 proc. swojej wartości i to wychodząc ze znacznie niższego poziomu rozwoju, niż mieli Grecy przed kryzysem.

Dowód cierpliwości dali też sami Niemcy. Zainicjowana przez Gerharda Schroedera na początku tego wieku reforma rynku pracy i systemu zabezpieczeń społecznych ograniczyła pomoc państwa i zwiększyła rozwarstwienie społeczeństwa. Jej efekty stały się odczuwalne dopiero po 10 latach. I choć ceną za reformy była utrata władzy przez kanclerza, to i w tym przypadku Niemcy się nie zbuntowali. Drastyczne cięcia budżetowe ze spokojem znieśli nie tylko Łotysze, których dochód narodowy tylko w 2009 roku spadł o 18 proc., ale także Irlandczycy, Islandczycy i Brytyjczycy. Wierzyciele wyłożyli na ratunek Grecji 250 mld euro.

Nigdy na uratowanie państwa przed bankructwem nie przeznaczono tak wiele. Tak ogromne wsparcie wynika z obawy Berlina, że upadek Aten wywoła efekt domina i doprowadzi do rozpadu całej strefy euro. Jeśli jednak reszta unii walutowej się ustabilizuje, a Grecy nie zabiorą się do reformowania swojego kraju, kurek z pomocą zostanie zakręcony. Wówczas w Atenach euro znów zastąpi drachma. A Grecy będą mogli pomstować, ile chcą, na Niemców, nikt tego nie będzie już słuchał.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj