Jemielniak jest wśród polskich naukowców postacią bez wątpienia nietuzinkową. Wykłada na co dzień w warszawskiej Akademii Leona Koźmińskiego. Jednocześnie regularnie gości na najlepszych amerykańskich uczelniach, to na Harvardzie, to na Berkeley, to znów na Cornell University. A na okładce jego „Życie wirtualnych dzikich” zachwalają Clay Shirky i Jonathan Zittrain, czyli nie jacyś tam pierwsi lepsi recenzenci, ale absolutne gwiazdy światowej internetologii. Ludzie, bez których żadna poważna dyskusja o nowych mediach obyć się nie może.

No i jest Jemielniak również wikipedystą. I znów nie jakimś tam pierwszym lepszym. On jest zdecydowanie wikipedystą tubylcem. „W ciągu ostatnich sześciu lat prawie nie było dnia, w którym nie zalogowałbym się do Wikipediii, nie poczynił jakichkolwiek zmian. Lub choćby nie sprawdził, czy nie doszło do zniszczenia któregokolwiek z obserwowanych przeze mnie artykułów” – pisze sam o sobie. Taka aktywność została doceniona przez współwikipedystów. Jemielniak był więc najpierw administratorem i biurokratą (to takie role w wikipedystycznej hierarchii) polskiej wersji tej największej sieciowej encyklopedii. A potem został jednym z 40 stewardów. Czyli zyskał wpływ na wszystkie globalne projekty prowadzone przez Wikimedia Foundation.

>>> Czytaj więcej: Wikipedia kończy 12 lat

Tubylec Jemielniak doskonale poznał i zrozumiał mechanizmy rządzące wirtualną społecznością tworzącą Wikipedię. To wszystko krok po kroku wyjaśnia w swojej książce. Pisze więc o tym, skąd się biorą hasła, dlaczego właśnie tak wyglądają, jak rozwiązywane są konflikty (świetny i wyczerpujący opis wojny edytorskiej o to, czy anglojęzyczne hasło poświęcone stolicy Pomorza powinno brzmieć „Gdańsk” czy „Danzig”). Swoich współtubylców Jemielniak też raczej nie idealizuje. Doskonale pokazuje, że i w tym z założenia antyhierarchicznym świecie hierarchie tworzą się mimo wszystko. I że do twierdzenia, jakoby każdy mógł edytować Wikipedię, należy podchodzić z dużym dystansem.

Najsłabszą częścią tej książki jest jednak jej wizja zagrożeń i wyzwań stojących przed projektem Jimbo Walesa. Czytając książkę Jemielniaka, ma się wrażenie, iż jedynym problemem Wikipedii jest... ona sama. A więc rozbuchane ambicje i kłótliwość edytorów. No, co najwyżej niezrozumienie wikipedystycznego dekalogu prezentowane przez laików. Ot, jak wtedy, gdy Joanna Bator oburzała się, że wikipedyści zabronili jej poprawienia daty jej własnych urodzin. Taka analiza zagrożeń jest dosyć naiwna. Bo prawdziwy problem leży chyba głębiej. I jest nim rosnące przekonanie użytkowników, że Wikipedia jest takim samym jakościowo produktem, jak jej zacne poprzedniczki, Brockhaus albo Britannica. Tyle że od nich szybszym.

Tymczasem rzeczywistość jest zgoła inna. Widać to choćby w polskiej wersji Wikipedii. Wpisy są tam nierzadko bardzo zdawkowe, niedopracowane i zazwyczaj mocno niechlujne. Problemem jest również to, że Wikipedia (a zwłaszcza jej wersje w bardziej niszowych językach) nie znalazła sposobu na radzenie sobie z grupami interesu i lobbystami. Z polerowaniem profili przez tych, którzy mają odpowiednie zasoby. A więc na przykład świat biznesu czy polityki. To wielki problem. I o tym chciałoby się poczytać u Jemielniaka troszeczkę więcej. Bo jego „wirtualni dzicy” skupieni są niemal wyłącznie na swoich sporach i rytuałach. I nie dostrzegają, że do ich wyspy dawno już przybiły statki konkwistadorów.

>>> Czytaj też: „Encyclopaedia Britannica” przegrała walkę z internetem