O tym, dlaczego prawdziwe jest powiedzenie, że pieniądze deprawują, a wielkie pieniądze deprawują wielce - mówi psycholog społeczny dr Paweł Fortuna.
dr Paweł Fortuna psycholog społeczny, trener biznesu, negocjator. Wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego (praktyczna psychologia sprzedaży, psychologia kierowania) i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (psychologia reklamy, psychologia komunikacji perswazyjnej). Prowadzi badania z zakresu komunikacji perswazyjnej i obrony przed manipulacją / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama

Bogacze...

Spotkałem. Jak wieść niesie, podobno jeden z nich miał kiedyś wypadek na nartach. Lekarz składa mu złamaną nogę i mówi: Z jeżdżenia nici, trzeba założyć gips na trzy miesiące. Na co bogacz rzuca: Jaki gips? Natychmiast marmur!

Śmieszne. I smutne. Przesadnie pewni siebie, nieliczący się z innymi, zepsuci do szpiku kości?

Tak bywa. Wśród osób zamożnych łatwo znaleźć postawy antyspołeczne, które ze względu na status tych osób, a więc i oczekiwania wobec ich zachowań, są szczególnie negatywnie oceniane.

Czy bogactwo czyni niemoralnym?

Bogaty na pewno nie jest z definicji święty. Na takie miano zasługuje raczej osoba, która spożytkowała majątek dla dobra innych ludzi. Ale takich osób trzeba szukać ze świecą.

Według CBOS 88 proc. Polaków nie wierzy, że do bogactwa można dojść w uczciwy sposób: dzięki pracowitości, wykorzystując posiadaną wiedzę oraz doświadczenie. Jednym z głównych kryteriów osiągnięcia zamożności jest w naszej opinii omijanie prawa – uważa tak 35 proc. z nas, bezwzględność w stosunku do innych ludzi (26 proc.) oraz korumpowanie urzędników (19 proc.). Bogatym wolno więcej?

Niektórzy z nich z pewnością tak myślą. Jeśli na myślach się kończy, to jeszcze pół biedy, ale jeśli przechodzą do czynów – dużo gorzej. Źródłem tego przekonania jest realny, często odniesiony w trudnych, bojowych warunkach sukces, potwierdzenie, że obrana strategia, nawet kontrowersyjna, sprawdza się, więc trzeba się jej trzymać. Jeśli ktoś zbił majątek w czasach, kiedy wszyscy wokół bankrutowali, tylko dlatego, że wykazał się określoną cechą, nawet niezbyt ludzką, będzie tej cechy trzymał się tak długo, jak długo będzie mu ona zapewniać kolejne fale powodzenia – osobistego czy biznesowego. Nie porzuci jej, bo nagle dojdzie do wniosku, że kogoś skrzywdził. Jest przekonany, że może wykrzyknąć: Eureka! Bo oto odkrył wygodny system wartości, dokonał rzeczy, która nie dla każdego jest osiągalna. To po co ma to zmieniać?

Ale w istocie jest popsuty.

Pieniądze psują, jeśli są centralnym punktem naszego życia, podstawą samooceny i kryterium wartości człowieka. Na temat moralności ludzi zamożnych przeprowadzono ciekawe badania. Z tych, które znam, wynika, że bogaci w swojej masie, bo nie mówimy o wyjątkach, zwykle nie potrafią być dobrymi, empatycznymi i szlachetnymi ludźmi. Na przykład obserwacji poddano ich zachowanie na ulicy. Stwierdzono, że ludzie poruszający się najdroższymi autami, niedostępnymi dla innych, zachowują się jak królowie szosy. W dowolny sposób, często bez sygnalizacji zmieniają pasy ruchu, trzy razy częściej niż zwykli uczestnicy ruchu zajeżdżają innym drogę, nie biorąc pod uwagę, że narażają ich na ryzyko wypadku. Z większym lekceważeniem traktują też przepisy, próbują wymuszać pierwszeństwo. Działają jak osoby, które są przekonane, że nie tylko auto jest ich własnością, lecz także droga, po której się poruszają. Uważają, że większy samochód będący czytelnym atrybutem wyższej od przeciętnej pozycji społecznej daje im więcej praw. A inni kierowcy muszą się do narzucanego przez nich standardu dostosować. Z taką oceną ludzi bogatych oczywiście ktoś może się nie zgodzić, twierdząc, że przecież to ludzie przedsiębiorczy, dysponujący kapitałem, zatrudniający innych, tych mniej kreatywnych, tych, którym tak dużego sukcesu nie udało się osiągnąć. Dzięki temu trzymają ich przy życiu, wypłacając pensję. Tylko że to myślenie rodem z XIX w. albo jeszcze wcześniejsze, kształtowane w duchu niewolnictwa lub feudalizmu. Warto pamiętać, że żadna firma – nawet stworzona przez geniusza – nie przetrwa bez odpowiedniej kadry. Nie stanie się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dobrze naoliwionym perpetuum mobile działającym stale na wysokich obrotach.

Bogacze zachowują się trochę jak w firmie, którą kierują. Dyktują warunki, masa musi się dostosować, a jak nie, to do widzenia. Albo jak w wojsku. Jest rozkaz, trzeba wykonać.

Bogactwo daje władzę, a, jak uczy historia, władza deprawuje. Objawia się to wieloma negatywnymi cechami. Jedną z nich jest relatywizm moralny. Bogaty pyszałek myśli tak: Skoro jestem złotym medalistą, mistrzem świata w swojej dziedzinie, uznanym i utytułowanym, nie mogą obowiązywać mnie te same standardy co nieudaczników, leni i ćwierćinteligentów. Jestem ważniejszy, mądrzejszy, lepszy. Jestem specjalny, dlatego wymagam specjalnych rozwiązań. Myśli tak często podświadomie, czuje, że tak musi być, chociaż oficjalnie mało kto chce się do tego przyznawać. Uważa, często na wyrost, że ta pozycja uprawnia go do stosowania w stosunku do siebie innych norm i skali ocen niż w odniesieniu do reszty. Zdarza się, że sytuuje się w kaście półbogów, plebsowi odmawiając nie tylko praw i przywilejów ze swojej grupy, ale często jakichkolwiek. To jedna z przyczyn patologii społecznych, które mają genezę również w zamożności. Przejawem jest czerpanie większej przyjemności z gromadzenia dóbr niż z obdarowywania innych. Wystarczy spytać ludzi poszukujących funduszy na akcje charytatywne. Potencjalni Medyceusze najczęściej udają, że to dla nich nieważne, ale swoje zaangażowanie poprzedzają chłodną kalkulacją. Wtedy traktują takie akcje jak część biznesu, jak coś, co stawia ich w lepszym świetle, powoduje, że inni pomyślą, że oni są szlachetni.

Filantropia w wielu wypadkach bywa jedynie piarowskim kwiatkiem do biznesowego kożucha.

Egocentryczni bogacze nie zwracają uwagi na innych, uważają, że z uwagi na pozycję, stan posiadania, koneksje nie muszą doskonalić swoich cnót. Sądzą, że tylko oni są kreatorami własnego życia, że od innych nie zależą nawet w minimalnym stopniu, że przez to w końcu z innymi nie muszą się liczyć, mogąc traktować ich instrumentalnie. Nawet poniżać i wyładowywać frustracje. Wydaje im się, że nie muszą być dobrymi ludźmi, chyba że będą mieli taki kaprys, zachciankę, fanaberię. Zdecyduje o tym ich ego.

Mimo to świat ich promuje. Woli to, co piękne i syte, od tego, co brzydkie i biedne.

Relatywizm moralny jest źródłem zepsucia i dystansu wobec uniwersalnych standardów, do których każdy powinien się stosować. Do tego dochodzi często obserwowane spotęgowane uderzanie wody sodowej do głowy. Pamiętajmy jednak, że za produkcję bąbelków do tej wody odpowiada uniżone i karmiące ego bogaczy otoczenie. Bez zachwytu pochlebców, który jest zazwyczaj podszyty lękiem lub nadzieją na profity, byłoby mniej podobnych reakcji. Lans bez zapotrzebowania i odbiorców nie jest atrakcyjny.
U źródeł bogactwa siłą rzeczy zawsze musi leżeć pieniądz. Mały, większy, duży, zawsze pomnażany. Przez niego ludzie wywoływali wojny, zabijali otwarcie i skrytobójczo, odbijali sobie żony, podkładali świnie. Pieniądz opętał i bogatych, i biednych, nie wiadomo, kogo silniej. Dzisiaj definiuje naszą rzeczywistość jak nic innego, jest kołem zamachowym rozwoju.
Specjaliści nazywają to opętanie ideą pieniądza. W uproszczeniu i w skrócie jest tak wtedy, gdy wszystko się do niego sprowadza. I tak to niestety dzisiaj wygląda. Nie tylko wśród bogaczy, także wśród ludzi ubogich.



Pieniądz wciąż potrafi przetrącić niejeden kręgosłup, szczególnie jeśli pojawi się nagle, w nadmiarze i trafi w ręce osoby nieodpowiedzialnej. Jest złem?

Przeprowadzono następujące doświadczenie. Badani wykonywali zadania z wykorzystaniem komputera, na którego ekranie umieszczono zdjęcia banknotów. Druga grupa patrzyła w tym czasie na ekran z neutralnym obrazem. Okazało się, że aktywizowanie idei pieniądza miało istotny wpływ na zachowanie uczestników eksperymentu.

Nie umieli o niczym innym myśleć?

Zauważono, że zmieniły się ich społeczne zachowania. Stali się w porównaniu z drugą grupą znacznie mniej współpracujący, mniej pomocni, siadający w większej odległości od innych. Byli nieco antypatyczni, z utrudnionym kontaktem, nawet mniej otwarci na oferowaną pomoc. Destrukcyjnie na taką postawę wpłynął sam obraz pieniądza. Ciekawe, co by się wydarzyło, gdyby to były realne kwoty?

Ukradliby je i uciekli?

Niewykluczone. W innym badaniu zauważono, że ludzie zamożni częstowani cukierkami brali ich więcej niż ludzie biedni. Nawet wtedy, gdy wcześniej przekazano im informację, że za ścianą jest grupa dzieci z sierocińca, którym pozostawione przez nich łakocie zostaną potem rozdane. Jak się okazało, bogaci nie zwracali na to uwagi, nie wykazali zdolności postawienia się na miejscu osób doświadczonych przez życie. Ludzie zachłanni, bezkompromisowi, bezrefleksyjni i bezwzględni mają dużą łatwość w dochodzeniu do bogactwa. Może dlatego, że zadają sobie mniej trudnych pytań. Bywało, że autorom takich sukcesów w pewnym momencie otwierały się oczy i przemawiały sumienia. Wtedy na przykład fundowali kościoły, finansowali artystów. Dzisiaj na całym świecie świątyń powstałych z takich właśnie pobudek są tysiące, jeśli nie miliony. Ale w porównaniu ze skalą bogactwa to i tak kropla w morzu.

Czy ten moralno-społeczny kokon, którym owijają się bogaci, nie jest jednak reakcją na to, w jaki sposób są traktowani? W Polsce bogaty znaczy najczęściej tyle co złodziej i malwersant, we Francji planowano do niedawna nałożyć na milionerów dodatkowe obciążenia finansowe, w Rosji najbogatsi muszą bratać się z władzą, która po cichu gwarantuje, że nie znajdą się dokumenty potwierdzające oszustwa podatkowe. W sytuacji ciągłego ostrzału i narastającego odium trudno być Matką Teresą.

To ewidentna aberracja, że ludzie zamożni w wielu państwach, czasem także w Polsce, są za swoją przedsiębiorczość karani. W ich majątek z butami wchodzi państwo i mówi: nie masz prawa mieć tyle pieniędzy, tyle różnych dóbr. To niesprawiedliwe ze społecznego punktu widzenia, że ty masz, a inni nie mają. Musisz podzielić się tym, co zarobiłeś. Nawet z tymi, którzy nigdy z lenistwa nie pracowali, a ich aktywność sprowadza się do żebrania na skrzyżowaniu. To też niemoralne. Kiedy państwo kieruje swoją siłę przeciwko jednostkom wyróżniającym się, bywa że wybitnym, przeciwko ludziom, którzy swoim intelektem i cierpliwością zdobywają w różnych dziedzinach Mont Everest, to coś się nie zgadza. Dlaczego ktoś, kto tyrał całe życie, ma dzielić się swoim dorobkiem z mającym dwie lewe ręce leserem? Bo przecież wysoki podatek, jakim zostałby obciążony, w jakimś stopniu trafi do kieszeni tych, którzy wolą piwo na ławce od trudu myślenia. W tym sensie rzeczywiście bogatym może być trudno zachować zdrowy dystans do rzeczywistości.

Czyli w jakimś stopniu są usprawiedliwieni?

Nie. Warunki zewnętrzne nikogo nie zwalniają z konieczności trzymania etycznego pionu. A oni dodatkowo są lub chcą uchodzić za elitę i oczywiście mogą nią być, jeśli tylko zadbają o swoje człowieczeństwo. Bogactwo dość szybko weryfikuje humanitaryzm, to, czy ludzie są ważni, czy przeciwnie – są jedynie przedmiotami, środkami do celu. Paradoksalnie nie jest łatwo być bogatym. Ubogich usprawiedliwia się w prosty sposób. Nie pomagają innym, bo nie mają pieniędzy, jest im ciężko, ledwo wiążą koniec z końcem. Nie oczekujemy od nich wielkiej szlachetności, a mimo to bardzo często dzielą się tym, co mają. Bogatych tak łatwo nie da się usprawiedliwić. Ich stać na wszystko, także na pomoc innym. Jeśli jej nie udzielają, są pod wójnie winni – jako ludzie i jako ludzie dobrze sytuowani. Problem w tym, że oni tymi złymi ocenami się nie przejmują. Robią swoje. Tymczasem ich stan posiadania ułatwia drogę, daje im niepowtarzalne możliwości wejścia na najwyższy poziom humanitaryzmu. Nikt od nich nie wymaga, by cały swój majątek wydali lekką ręką na potrzebujących. Ludzie o wiele bardziej od pieniędzy potrzebują dzisiaj szans rozwoju i godnego życia oraz pozytywnych wzorców ludzi przedsiębiorczych i majętnych, którymi dzięki uczciwej pracy i wytrwałości sami mogliby się kiedyś stać, chociaż trochę naprawiając świat.