Bogata Europa woli robić interesy z Rosją. Sankcji wobec Moskwy i tak nie będzie

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
4 marca 2014, 16:02
Wieża Eiffel'a z dzielnicą La Defense w tle
Wieża Eiffel'a z dzielnicą La Defense w tle/ShutterStock
Unijni szefowie dyplomacji wolą zostawić „otwarte drzwi do dialogu z Rosją”, więc skupiają się na wyrażaniu głębokiego zaniepokojenia. Polska, Litwa i Czechy, które najmocniej domagały się wczoraj zdecydowanej reakcji UE na rosyjską interwencję, pozostały osamotnione.

Unijni ministrowie potępili także „naruszenie integralności terytorialnej Ukrainy poprzez gwałtowną agresję” – o to zdanie toczyły się spory, w końcu zamieniono słowo inwazja słowem agresja. Jednocześnie szef MSZ Francji odrzucił pomysł zerwania kontraktu na dostawy do Rosji okrętów wojennych typu Mistral, z których jeden ma zostać nazwany „Sewastopol”. (Czytaj więcej o tym, jak Francja sprzedaje technologie NATO Rosji)

– Jeśli nie dojdzie do deeskalacji, rozważane będą sankcje wizowe, a także finansowe – zapowiadał po spotkaniu ministrów Radosław Sikorski.

Zwolennicy sankcji liczą jeszcze na czwartkowe spotkanie szefów rządów w Brukseli. Trudno jednak myśleć o czymkolwiek poważniejszym, niż przerwanie toczących się od sześciu lat rozmów o ułatwieniach wizowych czy embargu na handel bronią z Rosją. Unia zbojkotuje też czerwcowy szczyt grupy G8 w Soczi. Z rozmów kuluarowych z dyplomatami unijnymi wynika, że bardziej ich martwi kwestia tego, kto sfinansuje ewentualną pomoc finansową dla Ukrainy.

Unijna reakcja bardzo przypomina tę sprzed sześciu lat, gdy wybuchła wojna w Gruzji. I to mimo że tym razem nikt nie ma wątpliwości, kto odpowiada za eskalowanie napięcia na Krymie. Rosyjska propaganda od trzech miesięcy oskarżająca ukraiński Majdan o wszystkie możliwe grzechy nie zdaje egzaminu. Zachodnia prasa pozostaje głucha na krzyki rosyjskich mediów próbujących przekonać światową opinię publiczną, że za rządem Arsenija Jaceniuka stoją siły rasistowskie i antysemickie.

>>> Czytaj też: Co dla Polski oznacza interwencja Rosji na Krymie? Oto 5 głównych konsekwencji

Retoryka głównych niemieckich dzienników jest jednorodna. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” odrzuca insynuacje Rosjan twierdzących, że oddziały prawicowych ekstremistów były w drodze na Krym, co miało uzasadniać wejście wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy. „Nic takiego się nie stało, a nowy ukraiński rząd zachowywał się w tych dniach bardzo spokojnie” – zauważył publicysta „FAZ” Reinhard Veser. Nawet lewicowy, czuły na faszystowskie wybryki „Die Tageszeitung” napisał, że Władimir Putin przesadza. „Nikt nie zaprzecza, że istnieją tam wpływowe siły prawicowe. Ale na Ukrainie nie są one bardziej liczne niż w innych demokracjach europejskich” – czytamy.

– Niemieckie media i społeczeństwo są bardzo wyczulone na tego typu informacje i gdyby te oskarżenia rzeczywiście były wiarygodne, reakcja byłaby bardzo żywa – mówi nam Konrad Schuller, korespondent „FAZ” na Ukrainie. Jedynym właściwie głośnym wyjątkiem był styczniowy tekst Seumasa Milne’a, który na łamach „Guardiana” pisał o faszystowskim i antysemickim sercu Majdanu. Argumenty lewicowego publicysty nie zostały jednak podchwycone. Tę rundę wojny informacyjnej, mimo całodobowych wysiłków telewizji Russia Today czy Pierwyj Kanał (wczoraj zdjęcia ze styczniowych zamieszek w Kijowie podpisano jako „Symferopol”), Moskwa przegrała.

Więcej na temat kryzysu na Ukrainie czytaj tutaj

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj