Odbyła się wielka dyskusja na temat tego, kto jest winny, a zaraz potem jak ukrócić działalność parabanków. I czym się skończyło?
Za parabanki szybko uznano nie piramidy finansowe, które łamiąc prawo, upodabniają się do banków i podobnie jak one – chociaż bez wymaganej licencji, bez wymaganych wysokich kapitałów, bez nadzoru z zewnątrz – przyjmują pieniądze od klientów (i zwracają je, wraz z obiecywanymi odsetkami, dopóki klientów przychodzących jest więcej niż odchodzących), ale firmy pożyczkowe. Tym ostatnim można wiele zarzucić, ale nie to, że łamią prawo bankowe, finansując swoją działalność pieniędzmi Kowalskich i Nowaków.
>>> Czytaj też: Parabanki: jeśli coś działa jak bank, powinno podlegać bankowym regulacjom
Jak się okazało, z prawdziwymi parabankami trudno sobie poradzić. Piramidy finansowe nadal się pojawiają i z pewnością będą się pojawiały. Sprzyjają im dwie okoliczności. Po pierwsze, kiepskie egzekwowanie prawa. Przecież i przy Amber Gold Komisja Nadzoru Finansowego przez dłuższy czas nie była w stanie nikogo przekonać, że firma łamie prawo (i że łamanie prawa bankowego to poważna sprawa). Po drugie, niski poziom wiedzy Polaków na temat finansów. Nie mówię tylko o liczeniu, ile zarobię, jeśli ulokuję 5 tys. zł na trzy miesiące na 2,5 proc. w skali roku (podpowiedź: kluczem jest „w skali roku”). Kto sprawdza, czy firma, której chciałby powierzyć pieniądze, nie znajduje się przypadkiem na liście ostrzeżeń publicznych nadzoru? Chyba tylko szefowie takich firm. I od czasu do czasu dziennikarze. A od takiego kroku warto by zaczynać.
Od lat nie mogę się nadziwić temu, że Polacy tak chętnie wchodzą w inwestycje, które mają pozwolić zarobić krocie. Chęć złapania nadzwyczajnych zysków jest oczywiście zrozumiała – każdy chciałby dużo zarobić bez wkładania w to najmniejszego wysiłku. Ale czy strach nie powinien przynajmniej trochę hamować chciwości? Jeśli nie będziemy tracili z oczu podstawowej zasady, którą da się zastosować wszędzie: nie ma zysku bez ryzyka, a im większy zysk, tym większe ryzyko, to nie będziemy tak podatni na oferty, które na pierwszy rzut oka powinny budzić zastanowienie. Właśnie ze względu na swoją atrakcyjność.
Redaktor w DGP. Pisze głównie o finansach, chętniej o fuzjach i wynikach banków niż o oprocentowaniu depozytów i kredytów. Drugi ulubiony temat: makroekonomia. Zaczynał w czasie, gdy o stopach procentowych decydował w pojedynkę prezes NBP, czyli w poprzednim tysiącleciu. Pracując w „Dzienniku Gazecie Prawnej” od 2012 r., był twórcą rankingów banków i ubezpieczycieli "Gwiazdy Bankowości" i "Gwiazdy Ubezpieczeń". W tygodniku "Gazeta Bankowa" wymyślił ranking trafności prognoz makroeokonomicznych, który później przeniósł do Gazety Giełdy "Parkiet", gdzie konkurs wciąż ma się dobrze. W 2021 r. nagrodzony Grand Press Economy, w latach 2014 i 2021 laureat Nagrody Dziennikarskiej im. M. Krzaka przyznawanej przez Związek Banków Polskich.
