Okolice Grójca i Warki. Dzięki nowoczesnym przechowalniom, w których elektronicznie kontrolowana jest temperatura, w polskim zagłębiu sadowniczym handel jabłkami nie jest sezonowy i może trwać cały rok. Jednak w związku z niepewnością polityczną na Ukrainie i potencjalnym embargiem na jabłka (Rosja może je wprowadzić w odwecie na unijne sankcje) sytuacja na rynku jest niestabilna.

– Handlarze przyjeżdżają i mówią wprost, że cena będzie niższa, bo zaraz rynek wschodni się zamknie i my z towarem i tak zostaniemy – opowiada jeden z sadowników z regionu.

Tego, że cena jest niższa niż w ubiegłym roku, nie ukrywa Tomasz Solis, wiceprezes Związku Sadowników RP.

– Groźba sankcji powoduje dużą nerwowość na rynku. Choć w tej chwili nie widać ograniczeń w kwocie eksportowej, to jest duże parcie na sprzedaż. W związku z tym powstaje nadpodaż i spada cena – wyjaśnia sadownik. Jego zdaniem w tym sezonie cena poszczególnych odmian jabłek jest niższa o 30–35 proc. w stosunku do roku ubiegłego. W dużej mierze właśnie z powodu możliwych sankcji handlowych.

– Trudno się dziwić, że handlarze wykorzystują sytuację polityczną. W biznesie tak jest, że każdy stara się zdyskontować swoje przewagi. Im więcej ich ma, tym więcej może – komentuje Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Spadek importu

O tym, że sytuacja polityczna nie sprzyja polsko-rosyjskiej wymianie handlowej, świadczą także najnowsze dane podane przez Główny Urząd Statystyczny. O ile jeszcze w I kw. 2013 r. eksport do Rosji stanowił 5 proc. polskiej sprzedaży za granicę, o tyle od stycznia do marca tego roku było to tylko 4,4 proc. Korzystają na tym m.in. Niemcy, których udział w wymianie handlowej z Polską rośnie.

>>> Czytaj też: Eksport polskich jabłek do Rosji najwyższy od 10 lat

– Jasna, skonkretyzowana groźba wprowadzenia jakichkolwiek barier handlowych zawsze wpływa na spadek obrotów – wyjaśnia Tomasz Włostowski z firmy konsultingowej Eu Trade Defence, która specjalizuje się w postępowaniach ochronnych. – Warto dodać, że badania pokazują, że nawet jeśli w chwili wszczęcia postępowania ceł ochronnych jeszcze nie ma (najbliższe pojawiają się zazwyczaj dopiero w kilka miesięcy od rozpoczęcia procedury), to już sam ten fakt powoduje spadek importu.

Jak wyjaśnia Włostowski, wynika to m.in. z tego, że w handlu zagranicznym kontrakty podpisuje się z wyprzedzeniem, a towar często dostarczany jest dopiero po kilkudziesięciu dniach. Oznacza to, że od chwili złożenia zamówienia importer przejmuje na siebie ryzyko, że nic się nie zmieni i że zamówione produkty dotrą do miejsca przeznaczenia na czas w zakładanym umową kształcie.

Przykładem tego, jak działają groźby sankcji i co może się zdarzyć, gdy faktycznie zostaną wprowadzone, są ostatnie trzy miesiące na rosyjskiej giełdzie. 17 grudnia, gdy trwały protesty na kijowskim Majdanie, indeks giełdy moskiewskiej RTS sięgnął prawie 1450 pkt. 20 stycznia po raz pierwszy o możliwych sankcjach wspomniał minister spraw zagranicznych Szwecji Carl Bilet. Indeks spadł do poziomu 1350. Od tej pory poza jednym małym odbiciem spadał aż do 16 marca i przeprowadzenia referendum na Krymie. Gdy następnego dnia okazało się, że sankcje Zachodu będą raczej symboliczne, odbił do poziomu 1230 pkt, gdzie znajduje się obecnie. W tym wypadku zdecydowanie silniejszym straszakiem była możliwość wprowadzenia poważnych sankcji. Gdy okazało się, że król jest nagi i chodzi jedynie o zablokowanie możliwości wjazdu kilkudziesięciu osób, rynek rosyjski najwyraźniej przestał się przejmować potencjalnym zagrożeniem.

Zabójcze słowa

O tym, że cele można osiągać również przy użyciu słów, unijni dyplomaci przekonali się z kolei w styczniu 2011 r. Wtedy Bruksela pod groźbą przywrócenia sankcji wizowych zażądała zwolnienia więźniów politycznych na Białorusi. Reżim Aleksandra Łukaszenki najwyraźniej potraktował te słowa poważnie, ponieważ wypuścił na wolność kilku więźniów politycznych, a Uładzimir Nieklajeu i Iryna Chalip zamienili cele na areszt domowy.

>>> Polska jest największym eksporterem jabłek na świecie. Wyprzedziliśmy nawet Chiny

Gdzie w najbliższym czasie można się spodziewać zawirowań rynkowych związanych z groźbą embarga lub jego wprowadzeniem? W poczuciu niepewności znajduje się polska branża mleczarska. 17 kwietnia Rosja wprowadziła zakaz importu mleka i produktów mlecznych z kolejnej polskiej firmy – Spółdzielni Mleczarskiej Mlekovita. Pytanie, który z kilkudziesięciu polskich zakładów eksportujących tego typu produkty na Wschód zostanie poddany sankcjom jako kolejny, pozostaje otwarte. Niecały tydzień później, 23 kwietnia, rosyjska agencja ITAR-TASS poinformowała, że Federalna Służba Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego Rosji (Rossielchoznadzor) planuje nałożenie embarga na import polskich owoców (nie tylko jabłek) i warzyw. Jako powód podano zbyt dużą zawartość szkodliwych związków chemicznych.

O ile jednak polscy wytwórcy mają powody do zmartwień, to konsumenci powinni się cieszyć. Tak jak już informowaliśmy w DGP, dzięki rosyjskim groźbom ceny żywności w tym roku powinny być niezbyt wygórowane.

>>> Czytaj też: Polskie rolnictwo obawia się rosyjskiej polityki. Rosja rozszerzyła embargo