W ciągu niespełna trzech miesięcy wartość akcji Ferrari na nowojorskiej giełdzie spadła z 60 do niespełna 40 dolarów. Tym samym wycena rynkowa słynnej włoskiej marki zmniejszyła się z 10,5 do 7 mld dolarów. Na giełdzie w Mediolanie, gdzie włoski producent zadebiutował 4 stycznia br. spadki są nieco mniejsze, ale także wyraźne – na rodzimym parkiecie kurs akcji Ferrari spadł z 45 do 37 euro za akcję. Podobne problemy ma Fiat Chrysler Automobiles, którego akcje na włoskiej giełdzie, w ciągu ostatnich 15 dni spadły o ponad 20 proc. W Stanach Zjednoczonych za jeden papier FCA kupujący płacą obecnie niespełna 7,5 dolara, a jeszcze trzy miesiące temu jego wartość dochodziła do 12 dolarów.

Trudno nie łączyć spadkowego trendu z odłączeniem producenta legendarnych sportowych maszyn od koncernu FCA. Związek Ferrari z Fiatem trwał nieprzerwanie 47 lat, ale w 2014 roku pojawiły się pierwsze sygnały o planowanym rozbracie z motoryzacyjnym gigantem. Realizacja planu dokonała się 3 stycznia, gdy prezydentem Ferrari przestał być Luca di Montezemolo. Oficjalnym powodem była zmiana strategii FCA, który mocno rozbudował swoje ambicje sprzedaży globalnej. Do 2020 roku koncern chce sprzedawać na świecie 7 mln aut (plan rozwoju ma kosztować blisko 50 mld euro). Dziś jest to około 5 mln, czyli ponad dwa razy mniej niż liderzy rynku – Toyota i Volkswagen.

Liczbę sprzedawanych samochodów chce także zwiększyć Ferrari, który w ostatnich latach produkowało ok. 7000 luksusowych aut rocznie. Średnia wartość samochodu z czarnym koniem w logo w 2014 roku wynosiła 250 tys. euro. To sprawiało, że pomimo znacznie mniejszej produkcji Ferrari odpowiadało za 2,6 proc. dotychczasowych przychodów rocznych koncernu FCA i 11 procent skorygowanego zysku operacyjnego. Podczas odbywających się właśnie targów motoryzacyjnych w amerykańskim Detroit prezes Ferrari Sergio Marchionne zapowiedział jednak, że w ciągu najbliższych trzech lat produkcja ma wzrosnąć do 9000 egzemplarzy. To z kolei oznaczałoby przychody większe o ok. 0,5 mld euro.

Politykę wzrostu sprzedaży samochodów zapowiadało w ostatnim czasie wielu producentów aut z segmentu premium takich jak Jeep czy Porsche. Jednej i drugiej firmie się udało, ale przede wszystkim dzięki zerwaniu z dotychczasową tożsamością marki. Porsche duży sukces sprzedażowy i finansowy zapewniły modele Cayenne i Panamera. Jeep z kolei notuje rekordy popularności i kilkudziesięcioprocentowe wzrosty sprzedaży dzięki taniemu modelowi Renegade. W segmencie aut luksusowych na taki krok decyduje się niewielu, choć ze spójności dotychczasowej linii nadwozia wyłamało się np. Lamborghini, które już za dwa lata wprowadzi do oferty SUV-a. W przeciwieństwie do konkurencji Ferrari nie zamierza tego robić i deklaruje utrzymanie dotychczasowej strategii. Z fabryki wyjeżdżać będą wyłącznie nisko zawieszone, szybkie samochody o cenie nie schodzącej poniżej miliona złotych.

Takie perełki wciąż pozostają poza zasięgiem polskich klientów, którzy stanowią promil wszystkich właścicieli superluksusowych samochodów. Według Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar w 2015 roku w Polsce zarejestrowano 28 samochodów marki Ferrari, czyli o 6 więcej niż w roku poprzedzającym. W tym samym czasie nowych nabywców znalazło 15 Bentleyów (o 5 mniej niż przed rokiem), 6 Rolls-Royce’ów (o 2 mniej) i 3 Lamborghini (o 2 mniej). Adam Niesłuchowski, prezes Ferrari Warszawa, jest jednak zdania, że jak na krajowe realia wynik prawie 30 sprzedanych samochodów w ciągu roku to znaczący sukces. - Wśród klientów, którymi są Polacy lub osoby z zagranicy mieszkające na stałe w Polsce, niezmiennym zainteresowaniem cieszą się modele Ferrari California T, najmocniejsze w historii Ferrari F12 berinetta oraz premierowy w 2015 roku Ferrari 488 GTB. Przełom 2015 i 2016 roku rozpoczął się od wprowadzenia do oferty modelu Ferrari 488 GTS, którego nasza całoroczna pula została sprzedana niemalże natychmiast. W tej chwili przyjmujemy zamówienia na ten model już na rok 2017 – mówi Niesłuchowski.

Reklama

>>> Czytaj też: Greckie media: Polska należy do "sześciu wielkich" UE. Decyzja KE pokazuje toksyczny klimat w Europie