Jak wygląda dziś sytuacja banków?
Na pytanie, czy damy radę jako gospodarka bez banków, odpowiem krótko: nie. Jesteśmy krajem na dorobku
fot. materiały prasowe
Przemysław Paprotny partner PwC, lider usług dla sektora finansowego

Przemysław Paprotny: Dyskusji na temat przyszłości sektora w najbliższych miesiącach nie będą kształtowały takie tematy jak w poprzednich latach, typu technologia czy regulacje. To będzie raczej kwestia rekordowo niskich stóp procentowych. W przeszłości dominująca część przychodów sektora bankowego w Polsce pochodziła z marży odsetkowej. Dziś stanowi ona ok. 70 proc. ogółu przychodów, podczas gdy w strefie euro jest to tylko 58 proc. Banki będą musiały znaleźć nowe źródła zarobkowania, zapewne będą to opłaty i prowizje, już doświadczamy ich wzrostu. Mniejsza jest szansa na to, by banki czerpały znaczące przychody z działalności tradingowej czy bankowości inwestycyjnej, jak w Ameryce.

Druga sprawa dotyczy rekordowej płynności sektora. To z jednej strony świetna informacja, która świadczy o jego zdrowiu. Z drugiej, jak to zestawimy z niskimi stopami procentowymi, podatkiem bankowym, spowolnionym tempem akcji kredytowej i dorzucimy do tego jeszcze limity inwestycyjne, to znów okazuje się, że jest problem z generowaniem przychodów.
Trzeci punkt to oczywiście kredyty frankowe. Czekamy na orzeczenie Sądu Najwyższego, Trybunału Sprawiedliwości UE, mamy też propozycję systemowego rozwiązania ze strony Komisji Nadzoru Finansowego, a w tle straty: od nieco ponad 30 mld zł aż po ponad 230 mld zł negatywnego wpływu na sektor.
Ostatnia sprawa to ryzyko kredytowe. W ubiegłym roku dodatkowe saldo odpisów to ponad 3 mld zł w stosunku do 2019 r. A przecież jesteśmy świadomi tego, że część potencjalnych strat wynikających z pandemii jest ciągle zamrożona ze względu na programy pomocowe i pokaźny zastrzyk gotówki, który trafił do sektora przedsiębiorstw w ramach pomocy rządowej.
fot. materiały prasowe
Zbigniew Jagiełło prezes PKO BP
Obawiam się stałego uzależnienia się części gospodarki od różnego rodzaju pomocy państwowej
Zbigniew Jagiełło: Polska gospodarka ma mocne makroekonomiczne podstawy do dynamicznego wzrostu. PKO Bank Polski już w grudniu 2020 r. – i wtedy nazwano nas hurraoptymistami – prognozował ok. 5-proc. wzrost polskiego PKB w tym roku. W tej chwili widzimy, że także inne banki, które kilka miesięcy temu publikowały o wiele niższe wskaźniki, rewidują prognozy w górę. Oczywiście są czynniki ryzyka. Nadal nie wiemy, jaki będzie dalszy przebieg pandemii, choć zapewne w ciągu najbliższych miesięcy duża część populacji będzie zaszczepiona. Wyzwaniem, które może ograniczać polski wzrost gospodarczy, jest też słaba kondycja części sektora bankowego. W przypadku niektórych instytucji trzeba poważnie brać pod uwagę ryzyko szukania pieniędzy na ich ratunek. PKO Bank Polski opublikował niedawno informację o wysokości jego obowiązkowej składki na fundusz przymusowej restrukturyzacji banków Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. W 2021 r. składka wynosi 232 mln zł. Zwracam uwagę, że nadal sposób wyznaczania składek na ten fundusz nie uwzględnia ryzyka generowanego przez poszczególne podmioty. Wielokrotnie zwracaliśmy uwagę, że zasada powinna być taka, że ten, kto podejmuje większe ryzyko na koszt całego systemu, powinien od samego początku płacić więcej. Żeby nie było tak, że trzeba go będzie ratować z pieniędzy pochodzących od innych banków, a akcjonariusze czy inne instytucje stojące za ryzykowną strategią rozpłyną się w niebycie.
Czynnikiem ryzyka dla sektora jest też pewna destabilizacja polityczna, która może wpływać na spójność zarządzania krajem. Taka sytuacja zawsze jest szkodliwa dla gospodarki. Jest też kwestia geopolityki. Na przykład zaostrzenie konfliktu na Ukrainie może spowodować ochłodzenie tamtejszej koniunktury, co będzie miało wpływ i na naszą gospodarkę. Na klientów banków oddziałuje natomiast stosunkowo wysoka inflacja w środowisku zerowych stóp i to powoduje ich frustrację. Jesteśmy tu – jako sektor bankowy – w pewnym sensie bezradni, bo nie możemy zapewnić im stopy zwrotu, która pozwalałaby na zachowanie realnej wartości pieniądza.
fot. materiały prasowe
Michał Gajewski prezes Santander Bank Polska
Dałoby się wymienić paru „technicznych bankrutów”, którzy cały czas funkcjonują. Nie wiemy, jak długo regulatorzy będą taką sytuację tolerować
Michał Gajewski: Jeśli chodzi o dane makro, to rzeczywiście one są ostatnio znakomite. Nikt się nie spodziewał, że produkcja przemysłowa urośnie o 19 proc., a płace o 8 proc. Pamiętajmy też o wcześniejszych danych dotyczących eksportu. To wszystko wygląda naprawdę dobrze. Stąd te prognozy 5-proc. wzrostu.
Z naszego punktu widzenia problemem jest niski popyt na kredyt, zwłaszcza inwestycyjny. Zrozumiałe, że on był mały w czasie kryzysu. Ale został ograniczony ogromnymi działaniami pomocowymi, na wielomiliardowe kwoty.
fot. materiały prasowe
Brunon Bartkiewicz prezes ING Banku Śląskiego
Franki są już problemem wielowarstwowym. One ujawniły niezrozumienie procesów, które rządzą gospodarką, finansami
Brunon Bartkiewicz: Zobaczymy, jak sytuacja płynnościowa wielu firm ukształtuje się wtedy, kiedy trzeba będzie zwracać środki otrzymane z Polskiego Funduszu Rozwoju.
Pandemia przedłużyła nam czas pewnej dysproporcji, jeśli chodzi o silniki wzrostu. W średnim horyzoncie czasowym problem braku inwestycji prywatnych oczywiście boli nas bardzo z punktu widzenia wzrostu gospodarczego i kreowania przewag konkurencyjnych. Już w okresie przedpandemicznym mieliśmy silne symptomy, że firmy obawiają się inwestowania, nawet odtworzeniowego. Luka w inwestycjach prywatnych występuje od siedmiu lat. Moją obawę wzbudza teraz to, w jaki sposób chcemy generować skłonność do inwestowania w sektorze prywatnym. Zastanawiam się, czy duże inwestycje publiczne i stymulacja fiskalna będą służyć temu celowi.
Ja w 2021 r. czy nawet 2023 r. nie widzę większych problemów ze wzrostem. Ale w nieco dłuższym okresie – już tak. A mamy przecież wielkie potrzeby: trzeba będzie pewnie ze względów społecznych, politycznych inwestować więcej w służbę zdrowia, w wojsko. Tego typu inwestycje nie dają wielkiego impulsu mnożnikowego.
W średnim horyzoncie czasowym mam też pewne obawy co do sektora bankowego. Od dobrych pięciu lat, tak naprawdę po wprowadzeniu podatku bankowego, zmieniły się reguły gry. Mamy dociskanie banków i w związku z tym coraz więcej graczy „rzuca ołówek”. Póki „rzucają ołówek”, to jest pół biedy, ale jest obawa przed scenariuszem, że następuje rzucenie nie tylko ołówka, ale i ręcznika. Wyjście przed bankami jest takie, że będziemy się dalej optymalizować. Dalej będziemy zamykać placówki, dalej będziemy digitalizować klientów. Oni bankowość cyfrową polubili już wcześniej, a w okresie pandemii spodobała im się jeszcze bardziej, bo widzą, jakie to dla nich korzystne. Tylko że to nie rozwiązuje kluczowych problemów całej gospodarki.
fot. materiały prasowe
Cezary Stypułkowski prezes mBanku
Z uwagi na podatek bankowy i opłaty na BFG każdy pieniądz uplasowany w NBP ma ujemną stopę procentową i to na poziomie zbliżonym do strefy euro
Cezary Stypułkowski: Dla mnie także kluczowe pytanie to to o niski poziom inwestycji i jego przyczyny. Wydaje mi się, że problem leży głębiej. To jest taki „short-termism”, który generalnie rządzi naszą gospodarką, naszymi przedsiębiorcami. Ale jest też element niepewności, destabilizacji, braku pewności prawa, nieskuteczności procesów windykacyjnych itd. – to są kwestie na poziomie wykraczającym poza myślenie czysto ekonomiczne. My pod tym względem cofnęliśmy się o epokę. To są rzeczy trudne do uchwycenia. One nie materializują się w krótkim okresie, ale wpływają na sposób postępowania. Sposób, w jaki przedsiębiorcy ze sobą rozmawiają. My jako sektor też tego doświadczamy.
Z perspektywy banków środki pomocowe, które trafiły do klientów – zresztą za naszym pośrednictwem – są dużo tańsze niż te, które my bylibyśmy gotowi zaoferować. Z tego punktu widzenia doszło do zachwiania mechanizmu, który jest naturalną funkcją banków – pośrednictwa w dystrybucji kapitału.
Kolejny element to dysfunkcjonalność, prymitywność podatku bankowego. On trwa i modyfikuje sposób działalności. Dopada nas dziś nie tylko po stronie aktywów kredytowych, ale przy obecnych stopach procentowych także w zakresie depozytów i płynności.
Czy słabe banki da się pogodzić z mocną gospodarką? Czy obecna trudna sytuacja sektora, wskazane przez panów ograniczenia, problemy – czy to będzie negatywnie wpływało na wzrost gospodarczy w Polsce?
Michał Gajewski: Powiem prowokacyjnie: jedna z najsilniejszych, jeśli nie najsilniejsza gospodarka w Europie – niemiecka. Czy ona ma silne banki? Nie ma. Co do siły polskich banków: jeśli popatrzymy na koszt kapitału i osiągane stopy zwrotu, to nie są satysfakcjonujące dla akcjonariuszy. Stąd decyzje, jak ostatnio Citigroup, o wychodzeniu z naszego rynku. Niektórzy uznają, że nie ma sensu dalej działać w tym reżimie kosztów regulacyjnych, w tym kosztów podatkowych.
Dałoby się też pewnie wymienić paru „technicznych bankrutów”, którzy cały czas funkcjonują. Nie wiemy, jak długo regulatorzy będą taką sytuację tolerować. Nie do końca też wiemy, jak wygląda sytuacja w bankowości spółdzielczej.
Brunon Bartkiewicz: Powinnością banków jest budowanie infrastruktury, po której mogą się poruszać procesy gospodarcze. Myśmy tę pracę w poważnym stopniu wykonali – systemy rozliczeniowe, płatnicze, systemy kontroli, monitorowania, to na bankach opiera się ePUAP. Jesteśmy mocni w zakresie kontaktu z klientem, więc ciągle to na nas opiera się sprzedaż funduszy inwestycyjnych czy ubezpieczeń. To my zapewniamy klientom dostęp do giełdy. Czynności, które w innych krajach wykonują inne podmioty, inne części systemu finansowego lub urzędy, w Polsce wykonują banki. Ale ta praca została już wykonana, więc można ją bankom zabrać.
Silna gospodarka może funkcjonować przy słabych bankach. Ale to będzie gospodarka silnie skoncentrowana. Albo gospodarka dojrzała, która ma zupełnie inaczej zbudowaną infrastrukturę finansową – np. silny rynek kapitałowy. Polska w tej chwili takiego komfortu nie ma. Pamiętajmy też o bardzo wysokim udziale u nas małych przedsiębiorstw. W przywołanych Niemczech jest inaczej. Tamtejsze średnie przedsiębiorstwo niemieckie to jest wielka polska korporacja. Ich tam są tysiące.
Cezary Stypułkowski: Trzy tysiące firm powyżej miliarda euro rocznych obrotów.
Brunon Bartkiewicz: O tym właśnie mówię. My lubimy myśleć, że jesteśmy potęgą gospodarczą. Nie chciałbym rozwiewać złudzeń. Powiem tak: przed nami jako gospodarką jeszcze dużo ciekawych wyzwań, nie zabraknie nam zajęcia na najbliższe dziesięciolecia.
W interesie państwa jest zaufanie i chęć inwestowania wśród przedsiębiorców. To obsłużyć mogą u nas tylko banki. I to różne banki. Nie jest tak, że ja się cieszę z tego, że po kolei bank za bankiem znika z tego sektora, bo to jest objaw tego, jak trudno jest nam wszystkim.
Chodzi jednak przede wszystkim to, żeby było wiele banków, żebyśmy się wzajemnie ścigali i żebyśmy kreowali coraz większą wartość. Tak było przez wiele lat. W Europie Zachodniej możemy obserwować, jak banki poddane niskiej konkurencyjności, inaczej mówiąc rozleniwieniu, przez ostatnie 25–30 lat stają się coraz mniej rentowne i nie potrafią sobie radzić z presją regulacyjną. My wchodzimy teraz na tę trajektorię.
Zbigniew Jagiełło: Najprostszą definicją określającą rolę banków w gospodarce jest pośrednictwo między oszczędnościami a potrzebami inwestycyjnymi. Ta funkcja została zaburzona za sprawą różnego rodzaju form pomocy pandemicznej. Pytanie jest takie: jak i czy w ogóle państwo wycofa się z tej formy pomocy? Czy uzna, że będzie uczestniczyło w tym procesie na stałe? Już wcześniej angażowało się np. poprzez Bank Gospodarstwa Krajowego – który nie płaci podatku bankowego, a jest konkurentem dla banków komercyjnych – w wiele projektów, w których jego uczestnictwo jest dyskusyjne. W efekcie obawiam się stałego uzależnienia się części gospodarki od różnego rodzaju pomocy państwowej.
Czy banki same nie są uzależnione już od tej pomocy? BGK od wielu lat oferuje gwarancje de minimis. Czy gdyby nie to, w bankach komercyjnych byłyby w ogóle jakieś kredyty dla małych firm?
Zbigniew Jagiełło: Jak mówiłem: jeżeli państwo wkracza z różnego rodzaju programami pomocowymi, to wydaje się, że zostanie z nimi na stałe. Ale warto mieć na uwadze, że banki komercyjne za sprawą środków odprowadzanych w ramach podatku bankowego finansują m.in. wspomniane przez pana gwarancje de minimis.
Brunon Bartkiewicz: Formuła funkcjonowania banków rozwoju, banków komunalnych czy innych tego typu instytucji w warunkach „powojennych”, a z czymś takim mamy do czynienia w tej chwili, ma sens. Jest to jednak forma ingerencji państwa i owego wypychania, o którym mówi Zbigniew Jagiełło. Większe zaangażowanie państwa nie dzieje się tylko w Polsce. Zmienia się paradygmat na całym świecie. Tylko państwo musi być do tego dobrze przygotowane. Trzeba mieć wypracowaną odpowiednią formułę instytucjonalną, której my nie mamy. Uznawanie, że funkcjonowanie systemu gospodarczego, obrotu finansowego jest takie samo w każdym kraju, jest naiwne. Rola państwa w sterowaniu przepływami finansowymi we Francji jest zupełnie inna niż we Włoszech czy w Polsce.
Jesteśmy na zakręcie cywilizacyjnym. Dzisiaj są rozdawane karty, kto jaką rolę będzie odgrywał w przyszłości. Państwa zaangażowały się tu w sposób dramatyczny. To jest wzajemne spychanie się ze wzgórza, które na dodatek ma dość podmokły charakter. My jesteśmy w tym wyścigu tak jak wszystkie inne kraje. Wiele zależy od tego, na jakie karty i na jaki etap rozwojowy postawimy. To nie jest kwestia jednego, drugiego czy trzeciego banku. Potrzebujemy silnych banków w Polsce, żeby mieć pewien mechanizm manewrowania. My nie musimy w tej grze uczestniczyć bardzo aktywnie, ale bez nas będzie o wiele trudniej.
Michał Gajewski: W naszym w banku zaledwie 27 proc. klientów z sektora MSP zaciąga kredyty. To bardzo mało. Podobnie jest chyba w całym sektorze. I akurat gwarancje de minimis sprzyjają działalności kredytowej. Są dobre i dla banków, i dla klientów. Bankom to obniża aktywa ważone ryzykiem. Dla klienta jest dobre, bo może uzyskać niższą cenę. Więc w tym zakresie działalność BGK jest bardzo dobra. Trochę jest inaczej z naszego punktu widzenia, gdy mowa o konkurencji w projektach komercyjnych. Ale mam wrażenie, że to jest ograniczane.
Przemysław Paprotny: Na pytanie, czy damy radę jako gospodarka bez banków, odpowiem krótko: nie. Jesteśmy krajem na dorobku. Możemy rozpatrywać sektor jako dostawcę infrastruktury. Ale trudno uwierzyć, że na takim etapie rozwoju moglibyśmy liczyć, że wszystko będzie finansowane ze środków państwa.
My różnimy się od tych krajów tym, że oprócz sektora bankowego i państwa nie za bardzo mamy gdzie się finansować. Weźmy Niemcy. Tam jest duży rynek kapitałowy i przede wszystkim branża asset management, która jest sześciokrotnie większa niż PKB Polski. Ona finansuje mnóstwo emisji niepublicznych.
Jak widzicie, panowie, wpływ kwestii kredytów walutowych na sytuację sektora i funkcjonowanie gospodarki?
Brunon Bartkiewicz: Franki są już problemem wielowarstwowym. One ujawniły niezrozumienie procesów, które rządzą gospodarką, finansami. Jest ryzyko, że zostaną podjęte decyzje, które wstrząsną fundamentami życia gospodarczego, jak umowy długoterminowe, punkty odniesienia, sposoby ustalania cen. Okazuje się, że konsument może podważyć każdą formę umowy w dowolnym momencie.
Problemem jest też to, że tak długo prowadzimy dyskusję wokół tego tematu. Gdy pięć lat temu wracałem do Polski, mówiłem, że ten problem trzeba szybko rozwiązać, bo inaczej on urośnie i „wybuchnie nam w twarz”. To się właśnie dzieje. Dzisiaj mógłbym tylko powtórzyć apel, który powtarzam już od paru miesięcy, od pojawienia się propozycji przewodniczącego Jastrzębskiego: utnijmy te trzy głowy hydrze, zanim urośnie czwarta, piąta czy szósta.
Moim marzeniem jest to, że w latach 2021–2022 osiągniemy duży stopień zaawansowania w rozwiązywaniu problemu frankowego i on będzie wygasał. Jeśli jeszcze przejdziemy wtedy do fazy wzrostu stóp procentowych, odsuniemy się od tego, co nazywam bardzo grząskim gruntem stóp zerowych i ujemnych, to myślę, że uda nam się zbudować system generowania inwestycji prywatnych.
Zbigniew Jagiełło: W obliczu problemów frankowych rodzi się szereg pytań: czy banki udzielające obecnie kredytów hipotecznych w złotych przy stopie procentowej 0,1 proc. nie wprowadzają klientów w błąd, bo za parę lat stopa procentowa będzie być może wynosiła 5 proc.? Czy banki udzielające obecnie kredytów hipotecznych na stałą stopę, która skończy się po pięciu latach, a nowa będzie znacznie wyższa, też nie wprowadzają klientów w błąd? Bo klienci mogą myśleć, że tak będzie przez następne 20 lat.
Warto byłoby zwrócić się z tym do urzędu antymonopolowego czy Komisji Nadzoru Finansowego. Czy te organy są przekonane, że obecnie udzielane kredyty są udzielane prawidłowo? Zwracam na to uwagę, bo w okresie oferowania kredytów walutowych nie słyszałem głosu żadnego autorytetu prawnego – wśród tysięcy osób z wykształceniem prawniczym, prokuratorów, sędziów, którzy przecież sami niejednokrotnie wzięli kredyty frankowe – który by kwestionował umowy prezentowane przez banki.
Cezary Stypułkowski: Ja jestem zwolennikiem ugód. Uważam, że one są niezbędne. Że banki powinny w ramach tych ugód wziąć na siebie ciężar części zmaterializowanego ryzyka walutowego. Mówiłem wielokrotnie, że w czasie, gdy udzielano na dużą skalę kredytów walutowych, ja nie pracowałem w polskim sektorze bankowym. Ale trzeba powiedzieć, że bez tych kredytów byłby duży, inny problem społeczny, historycznie nieunikniony: bardzo niska podaż mieszkań. To, co można zarzucić bankom, ale tak samo klientom – nikt nie przewidział, że deprecjacja złotego w stosunku do franka będzie tak duża, a Polska nie wejdzie szybko do strefy euro. Choć klienci byli o nim uprzedzani – mam na myśli podpisywane oświadczenia.
Natomiast bardzo trudno nam, jako środowisku, przyjąć jako podstawę dla tych ugód rozstrzygnięcia, które niszczą podwaliny funkcjonowania sektora. Nawet w jakimś uzasadnieniu wyroku sądowego czytałem, że winna wszystkiemu jest tabela kursowa. Nie, że jest rynek, fluktuacje walut – tylko ta tabela kursowa.
Mamy dwie kwestie do rozwiązania. Pierwsza to potrzeba pewności prawa. Bez pewności stosunków zobowiązaniowych, bez zagwarantowania, że wierzyciel ma swoje prawa, bankowość nie będzie w stanie funkcjonować. To jest fundamentalnie istotne. Moim zdaniem rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego na tym etapie też nie rozwiążą tych problemów. One odpowiedzą na trochę późniejszy etap.
Druga sprawa to właśnie ugody. Uważam, że lepiej by było, gdyby powstała nowa regulacja prawna. Bo przy obecnych ramach prawnych z ugodami możemy mieć kłopot. Jest niebezpieczeństwo ich wzruszania w przyszłości. Niejasność prawa, czego doświadczamy na co dzień, prawdopodobnie skończy się zresztą tak, że zamiast upraszczania relacji z klientami będą skomplikowane umowy. Dokumentacja będzie budowana zupełnie inaczej. A niektóre grupy klientów zostaną w ogóle odcięte od finansowania.
Michał Gajewski: Mamy problem systemowy. Realizacja skrajnych scenariuszy byłaby katastrofą nie tylko dla banków, ale i dla całej gospodarki.
W 2005 r., kiedy pracowałem w WBK, odpisywałem na zapytanie Związku Banków Polskich i wymieniałem wszystkie ryzyka, które wiążą się z kredytami walutowymi. I nasi doradcy w WBK informowali o nich klientów. Pamiętamy wypowiedzi polityków, ówczesnego szefa UOKiK, że zakaz hipotek walutowych to by było ograniczenie konkurencyjności, dostępu do kredytu itd.
Myślę, że wchodzenie w ugody jest z punktu widzenia banków nieuniknione. Sam jestem za ugodami, choć jeszcze nie wiem, na jakich dokładnie warunkach. Wiem natomiast, że będę musiał podjąć decyzję i zarekomendować ją radzie nadzorczej i walnemu zgromadzeniu.
Kiedy będzie ta decyzja?
Michał Gajewski: Myślę, że drugi kwartał będzie kluczowy. Jesteśmy w końcówce analiz. Dane mamy, teraz tylko musimy z tego wyciągnąć wnioski i przygotować dokumentację.
Co banki mogą zrobić, żeby odbudować rentowność?
Przemysław Paprotny: Rozwiązań jest kilka. Teoretycznie można poczekać na moment, kiedy wzrosną stopy procentowe. To pozwoliłoby odbudować marżę odsetkową. Ten moment być może nadejdzie, ale nie wiemy kiedy. W polskich bankach prowizje i opłaty stanowiły dotąd niedużą część dochodów. Banki nie miały też zbyt rozwiniętej działalności tradingowej czy bankowości inwestycyjnej. Nie ma innego rozwiązania, jak zastanowienie się nad obszarem dotyczącym opłat i prowizji. Jest pytanie, w jaki sposób je zmieniać. Nie da się tego zrobić w sposób „suwakowy” dlatego, że to wywołuje negatywne emocje. To jest kwestia badania wrażliwości klienta, ale też popatrzenia na rentowność poszczególnych operacji i edukacji klientów – przecież bank to jest „wehikuł regulacyjny”, którego utrzymanie sporo kosztuje.
A ujemne stopy procentowe?
Przemysław Paprotny: To jest trudny temat. Taka dyskusja toczy się nie tylko u nas, ale też np. w Wielkiej Brytanii. Są kraje, w których ujemne stopy procentowe już występują. Z perspektywy matematycznej nie ma innej drogi do podniesienia rentowności sektorowej, jak podniesienie opłat.
Cezary Stypułkowski: Polski sektor bankowy generalnie nie jest specjalnie rentowny, ale jest bardzo efektywny. Wskaźnik koszty/dochody większości banków mieści się w przedziale 40–50 proc. To pokazuje, że dobrze zarządzamy infrastrukturą, jaką dysponujemy przy relatywnie tanich usługach. Ale też nie mamy w tej chwili takiej sytuacji, że polskie banki mogą coś zrobić poprzez dostosowania kosztowe. To trzeba jasno powiedzieć. Żeby będąc efektywnym bankiem, stać się bankiem rentownym, trzeba zwiększyć przychody – to kluczowe z punktu widzenia kosztu kapitału, zdolności przyciągania inwestorów, a więc zdolności finansowania gospodarki.
Drogi są dwie: jedna to obniżenie obciążeń fiskalnych, które na bankach ciążą. Mamy je w tej chwili prawdopodobnie najwyższe na świecie. Druga to większe dochody z prowizji i nadzieja, że wyższa inflacja pociągnie w górę stopy procentowe.
Zbigniew Jagiełło: Dyskusja o ujemnym oprocentowaniu jest czysto hipotetyczna. Z perspektywy Polski sytuacja jest dość komfortowa: jeśli będą ujemne stopy procentowe, będziemy w różny sposób naśladowali kraje, które mają już takie doświadczenia.
Brunon Bartkiewicz: Ujemne oprocentowanie depozytów, które zostało wprowadzone w wielu krajach strefy euro w ciągu ostatnich 2–3 lat, czyli z dużym opóźnieniem w stosunku do wystąpienia ujemnych stóp banku centralnego, w większości obowiązują od pewnego progu. Niestety, w wielu przypadkach jest to próg niższy niż 100 tys. euro, więc w niektórych krajach europejskich te ujemne stopy depozytowe mają charakter dość powszechny. 30 tys. euro w polskich warunkach to bogaty klient, ale w krajach zachodnich to dotyczy bardzo dużej części populacji.
Cezary Stypułkowski: Chociaż stopy banku centralnego u nas nie są ujemne, to udział papierów rządowych, które są zwolnione z podatku bankowego, jest w bilansach banków relatywnie wysoki. On sięga w tej chwili 25–30 proc. To są już obszary „greckie”. Ewentualne przewartościowanie polskiego długu może mieć olbrzymie skutki dla bezpiecznego zarządzania bankami. Trzeba brać to pod uwagę.
Duże nadwyżkowe środki lokujemy w Narodowym Banku Polskim. Z uwagi na podatek bankowy i opłaty na BFG każdy pieniądz uplasowany w NBP ma ujemną stopę procentową i to na poziomie zbliżonym do strefy euro. Tam częściowo rozwiązano to w ten sposób, że EBC pozwala określoną wielokrotność kwoty rezerwy obowiązkowej uplasować bez kosztu. Gdyby takie rozwiązanie obowiązywało w Polsce, my moglibyśmy jakieś 4 mld zł uplasować w banku centralnym bez strat. Ale podkreślam – bez strat.
Michał Gajewski: Stopy spadły, ale sektor nie zdążył się do tego przygotować. Część możliwych zmian jest blokowana regulacyjnie. Jest przecież maksymalny koszt pozaodsetkowy i odsetkowy kredytu gotówkowego. Gdybyśmy chcieli na przykład w tym obszarze zrobić jakikolwiek ruch, to nie możemy. Mam swoje bankomaty. Gdybym chciał podnieść opłaty klientom innych banków – jest to niemożliwe. Jedna sprawa to doświadczenie klienta, jego wrażliwość na ceny, druga to regulatorzy, którzy mówią: „Nie możesz wziąć więcej wynagrodzenia niż wyznaczony poziom”. ©℗
Gwiazdy po raz siódmy
Dyskusją szefów największych banków tradycyjnie otwieramy kolejną edycję konkursu Gwiazdy Bankowości realizowanego wspólnie przez DGP i firmę doradczą PwC. W jego ramach po raz siódmy wskażemy liderów naszego sektora.
W tym roku wprowadzamy nową kategorię, w ramach której będziemy oceniać działalność banków w zakresie zrównoważonego rozwoju. Będzie ona miała 15-proc. wagę w ogólnej ocenie banków, taką samą jak inne kategorie cząstkowe: dynamika, stabilność, dochodowość, innowacyjność i relacje z klientami. Wpływ na ogólny wynik ma również ocena kapituły w odniesieniu do każdego z banków.
Konkurs jest otwarty dla wszystkich banków z krajową licencją działających jako spółki akcyjne. Ankiety trafią do banków dziś i jutro.
W skład kapituły czuwającej nad przebiegiem konkursu wchodzą:
Krzysztof Jedlak, redaktor naczelny DGP – jako przewodniczący,
▪ Jowita Michalska, prezes Fundacji Digital University,
▪ Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu,
▪ prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC,
▪ Przemysław Paprotny, partner w PwC,
▪ Łukasz Wilkowicz, redaktor DGP. ©℗
Debatę moderował i opracował Łukasz Wilkowicz
Partnerem merytorycznym jest PwC