To już początek budowy?
Trwają już prace przygotowawcze przy budowie pierwszej polskiej elektrowni jądrowej na terenie gminy Choczewo. Na miejscu wyrównano teren i wkrótce rozpocznie się stawianie zaplecza tam, gdzie kilka miesięcy temu wycięto 333 ha lasu. Na początku lipca spółka Polskie Elektrownie Jądrowe (PEJ) uzyskała pozwolenie na dalszą niwelację terenu i budowę obiektów tymczasowych.
Nie oznacza to jednak, że rusza właściwa budowa. Jak mówił niedawno w rozmowie z „Forsalem” Marek Woszczyk, prezes PEJ: „Trzymamy się tego, żeby wylać pierwszy beton jądrowy w 2028 roku”. To termin rozpoczęcia prac nad częścią jądrową. Do tego czasu trzeba jednak przygotować cały teren.
W 2027 roku spółka PEJ chce złożyć wniosek o pozwolenie na budowę części jądrowej. W międzyczasie potrzebna jest jeszcze zgoda Państwowej Agencji Atomistyki (PAA), która otrzymała gigantyczną dokumentację opisującą część technologiczną.
Trwa sprawdzanie Bałtyku. Po co?
„Lokalizacja elektrowni nad Bałtykiem wymaga działań wykraczających daleko poza ląd. Równolegle z pracami ziemnymi trwają zaawansowane kampanie morskie – szczegółowe badania struktury dna oraz rozpoznanie pod kątem niewybuchów” – informuje spółka PEJ.
Na miejscu pracuje lokalna firma z Wejherowa – Baltic Diving Solutions. Specjaliści sprawdzają dno Bałtyku pod przyszłe rurociągi typu CWS, które będą pobierać wodę z morza na potrzeby chłodzenia reaktorów. To tzw. kampania UXO (Unexploded Ordnance), czyli poszukiwanie niewybuchów i innych niebezpiecznych przedmiotów na terenie przyszłej budowy.
– Za pomocą trzech statków oraz dronów ustaliliśmy wszystkie anomalie ferromagnetyczne i metalowe przedmioty. Historia nie była dla nas łaskawa. Zostawiła mnóstwo „pamiątek”, czyli pozostałości po działaniach wojennych. Prowadząc projekt inwestycyjny, musimy posprzątać nasze morze. Wyodrębniliśmy kilkaset punktów, które wymagały sprawdzenia przez nurków – mówi Krzysztof Stopierzyński z Baltic Diving Solutions w filmie zamieszczonym przez PEJ.
Dwie platformy na morzu
Na morzu ustawiono dwie platformy, które opierają się na dnie za pomocą opuszczanych „nóg”. Prowadzone są z nich odwierty do głębokości 70 metrów poniżej dna morza, których celem jest sprawdzenie warunków geotechnicznych, czyli właściwości gruntu.
- Ukończyliśmy kampanię GEO1, kończymy GEO2, a GEO3 to prace na morzu. Wykorzystujemy dwie platformy: Wavewalker i Excalibur. Odwierty prowadzone są pod systemy, które powstaną później w ramach projektu, a towarzyszą im niezbędne testy - mówi Chris Hollender z Bechtel, wykonawcy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej.
Redaktor Forsal.pl, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalizuje się w tematach związanych z inwestycjami oraz transportem. Od lat obserwuje wielkie budowy, opisuje rynek nieruchomości, a także zawiłości systemu transportowego.
Autor reportażu "Żarnowiec. Sen o polskiej elektrowni jądrowej" nagrodzony Grand Press 2023 w kategorii książka reporterska roku. Finalista m.in. Pomorskiej Nagrody Literackiej oraz konkursu dziennikarskiego "Biały Kruk".
