Z Michałem Toberem rozmawia Robert Mazurek
Znajomości z polityki się przydają?
Na pewno nie przeszkadzają.
Spotyka pan ludzi, którzy jeszcze pana kojarzą?
Tak. I co ciekawe, więcej sympatii, życzliwości czy ciepła doświadczam ze strony przeciwników politycznych niż od tych, z którymi maszerowałem.
Reklama
Lewica pana nie lubi?
To szersze zjawisko. Byli koledzy powtarzają, że jeśli się ma jakąś prośbę, ludzką sprawę, to trzeba z tym iść do przeciwnika politycznego, bo on się zaangażuje sto razy bardziej niż ktoś od nas.
Może po prostu lewicowcy są wredni?
Leszek Miller mówił, że wrogów dzielimy na wrogów, śmiertelnych wrogów i partnerów koalicyjnych. To dotyczy każdej partii, nie tylko lewicy.
Bo partyjny kolega z listy…
I z tego samego okręgu to prawdziwy konkurent. Na liście wyborczej odbywa się kanibalizacja, rywalizacja zgodnie z zasadą, że albo ty wygryziesz jego, albo on ciebie. Niewiele tu miejsca na ciepłe uczucia.
Polityka jest aż tak brutalna?
To jeden ze sportów walki, nawet w rodzaju MMA, gdzie walczy się w klatkach. Można ją też porównać do darwinistycznego wolnego rynku, bo w polityce również nie ma osłon, ochrony, więc albo wygrywasz i jesteś królem, albo giniesz.
Widzowie to kochają na ekranie, politycy w życiu?
Zło ma zawsze uwodzicielski urok i oglądanie go w serialu jest intrygujące, ale już doświadczanie zła na sobie przyjemnością nie jest.
I najostrzej rywalizują koledzy z partii?
Liczba mandatów do Sejmu jest skończona, a wyborca ma jeden głos – więc w tej grze chodzi o to, żeby on wybrał pana. Wszystkie chwyty dozwolone, byle pana nie złapali… (śmiech) Proszę tego nie pisać, to żart.
Ale prawdziwy.
Na szczęście nie musiałem się o tym przekonywać na własnej skórze, bo w antycznych czasach początków wieku jako młody i zdolny korzystałem z ojcowskich protekcji partyjnych liderów: Leszka Millera, Józefa Oleksego, Krzysztofa Janika.

Cały wywiad z Michałem Toberem przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP