Polska chce być większa o ziemię sąsiada. Spór z Czechami ciągnie się latami

Problem jest pozostałością umów o regulacji granic pomiędzy Polską i Czechosłowacją, które zostały podpisane w 1959 roku. Pod naciskiem ZSRR przeprowadzono wówczas operację wyrównywania granicy, by łatwiej było ją patrolować. W efekcie Polska oddała Czechom 1205 ha, dostając w zamian jedynie 837 ha. Pozostał dług w wysokości 368 ha. Do tematu powrócono dopiero w 1992 roku. Trzy lata później powołano do życia wspólną Komisję Graniczną, mającą ustalić, które grunty Czechy przekażą Polsce.

W kolejnych latach w rozmowach dwustronnych proponowano Polsce rekompensatę finansową, jednak Warszawa konsekwentnie domagała się zwrotu ziemi. Wskazywano nawet konkretne lokalizacje, które mogłyby zostać przekazane Polsce. Każdorazowo jednak sprzeciw zgłaszały czeskie samorządy, argumentując, że wskazane tereny są kluczowe dla ich rozwoju. W przestrzeni medialnej pojawiła się ostatnio także nieoficjalna koncepcja, by w ramach rozliczenia Polska uzyskała na własność siedzibę swojej ambasady w Pradze. Sprawy jednak nie rozwiązano.

Sąsiad odda Polsce setki hektarów ziemi? Czesi przyszli do nas z propozycją

W 2026 roku po raz kolejny na tapet wraca temat czeskiego długu terytorialnego. 16 lutego w Warszawie doszło do spotkania ministrów spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego i Petra Marcinka. – Dzisiaj udało nam się osiągnąć znaczący postęp w sprawie, która jest długotrwale nierozwiązana, czyli prastarego długu granicznego sięgającego lat 50-tych – powiedział czeski minister, cytowany komunikacie polskiego MSZ.

Szczegóły polskiego stanowiska nie zostały szerzej przedstawione, ale znacznie więcej zdradził minister Marcinka. W mediach społecznościowych podkreślił, że przekazanie Polsce terytorium wymagałoby większości konstytucyjnej w czeskim parlamencie, co dotąd było politycznie nierealne. Dlatego zaproponowano inne rozwiązanie.

"Żadne terytorium (ani pieniądze) nie musiałyby zostać przekazane, ale Polska powinna być nadal usatysfakcjonowana, a spór mógłby zostać wkrótce zakończony" – napisał czeski minister. W wywiadzie dla telewizji publicznej doprecyzował, że chodzi o wspólny projekt dotyczący m.in. ochrony przeciwpowodziowej.

Czeska propozycja nie jest przypadkowa. We wrześniu 2024 roku powódź dotknęła polsko–czeskie pogranicze. Skutki były dotkliwe po obu stronach granicy. Od tego czasu trwają rozmowy o wspólnej redukcji ryzyka powodziowego, choć jak dotąd nie przyniosły one konkretnych ustaleń.

Niespłacony dług Czech. Nowa oferta dla Polski to szansa dla Opolszczyzny

Sytuacja w terenie jest skomplikowana. W przypadku Białej Głuchołaskiej możliwości budowy zabezpieczeń po polskiej stronie są bardzo ograniczone, bowiem zabudowania Głuchołaz zaczynają się zaledwie około kilometra od granicy. Po stronie czeskiej dolina rzeki jest wąska i gęsto zabudowana. Potencjalne zbiorniki retencyjne można budować właściwie tylko wyżej, w górach – i to niewielkie.

Samorządowcy z południowej Opolszczyzny przyjmują propozycję z umiarkowanym optymizmem. – Jeśli na polsko–czeskim pograniczu powstaną inwestycje przeciwpowodziowe, służące także Polakom i ich bezpieczeństwu, to będzie dobre rozwiązanie. Być może uda się, aby skorzystali także mieszkańcy powiatu prudnickiego – podkreśla starosta prudnicki Radosław Roszkowski.

Powiat prudnicki już przygotowuje projekt z czeskimi partnerami. Chodzi o budowę niewielkiego zbiornika retencyjnego na Potoku Granicznym koło Trzebini. Czasza zbiornika znajdowałaby się w całości po stronie czeskiej, ale chroniłaby również polskie miejscowości. Podobnie jest z koncepcją odtworzenia zbiornika na potoku Bartultowickim, który zabezpieczałby Trzebinię.