Górnicze traumy. Pracownicy kopalni przez całe stulecie żyli w poczuciu nadchodzącej katastrofy

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
7 sierpnia 2020, 22:00
Biedaszyby w Wełnowcu (dziś to część Katowic), lata 30. XX w.
<p>Biedaszyby w Wełnowcu (dziś to część Katowic), lata 30. XX w.</p>/embuk-importer
Przez ostatnie sto lat górnicy mieli przekonanie, że jeśli żyje im się całkiem stabilnie, to wkrótce nadejdzie katastrofa. To jedyne, czego mogli być pewni

Wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin uspokaja dziś górników, że restrukturyzacja kopalni nie zostanie przeprowadzona bez dialogu i zgody strony społecznej. Mówi o tym z takim samym niezmąconym przekonaniem, jak trzy miesiące temu, gdy zapewniał, że wybory prezydenckie odbędą się 10 maja. Kilkadziesiąt tysięcy górników zaczyna panikować i trudno odmówić im racji.

Bieda i szyb

„Wykopali tu na głębokości 15 metrów ziemię, dokopali się węgla. W tym otworze, który wywiercili, może się zmieścić «w suterynach» i na «chodnikach» trzech ludzi” – opisywał swoje obserwacje z pobytu na Górnym Śląsku w marcu 1933 r. dziennikarz „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” Konrad Wrzos. Ubodzy mieszkańcy najbardziej uprzemysłowionej, a zarazem najbogatszej z dzielnic Polski kopali na masową skalę biedaszyby. „Jeden wchodzi za drugim, bo otwór jest szerokości jednego człowieka. Ustawili nad tym otworem kozły drewniane, na nich wałek, na sznurze, który otacza ten wałek, jedni spuszczają na dół wiadra, do których ci, którzy zeszli po drabinie w dół, kładą węgiel odrąbany, albo też czerpią wodę, która zalała «ich» pokłady” – relacjonował Wrzos codzienną pracę zwolnionych z kopalń górników.

Przez pierwsze lata po włączeniu w skład II Rzeczpospolitej Górny Śląsk, cieszący się wówczas szeroką autonomią, prosperował całkiem dobrze. Nie zmieniła tego nawet wojna celna, jaką wszczęła z Polską Republika Weimarska. Gdy Niemcy zamknęli granice dla śląskiego węgla, brytyjscy górnicy w maju 1926 r. rozpoczęli trwający wiele miesięcy strajk generalny. To, wraz z rozbudową portu w Gdyni, otworzyło drogę do znalezienia nowych rynków zbytu. Kluczowymi kontrahentami dla górnośląskich spółek węglowych stały się kraje skandynawskie.

Prosperity trwała niewiele ponad trzy lata, bo jesienią 1929 r. wybuchł światowy kryzys. W efekcie węgiel z żyły złota stał się dla II RP źródłem kłopotów. Zanim minął pierwszy rok gospodarczego załamania, wydobycie zawiesiło 12 wielkich kopalń. Ich właściciele wyrzucili na bruk 40 tys. górników. Masowe zwolnienia oznaczały nie tylko dramat dla ich rodzin, lecz także olbrzymie wstrząsy społeczne dla województwa liczącego 1,2 mln mieszkańców.

W tym samym czasie nastąpił jednak gwałtowny wzrost cen węgla w Polsce. Aby wygrać konkurencję z brytyjskimi spółkami wydobywczymi, górnośląskie kopalnie sprzedawały swój urobek zagranicznym odbiorcom po 7,70 zł za tonę. Straty wynikające z dumpingu musieli zaś pokryć rodzimi konsumenci. W kraju spółki węglowe oferowały więc swój produkt w zawrotnej cenie 64 zł za tonę. Rząd przymykał na to oko, bo bał się dalszych zwolnień w sektorze oraz utraty zagranicznych rynków. Patologiczna sytuacja rodziła kolejną patologię. Wydobywanie węgla z wykopanych własnym sumptem szybów stało się intratnym zajęciem, nawet jeśli sprzedało się jedną tonę za 11 zł – ponad pięć razy taniej niż z legalnego źródła. Dlatego pomimo ryzyka proceder kwitł.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj