Z Martą Kondraciuk rozmawia Magdalena Rigamonti
Jak się umiera?
Reklama
Nie wie się do końca, że się umiera. Choć kiedy już leżałam, widziałam nad głową taki dziwny byt, który ewidentnie chciał mnie zakosić.
Co to znaczy „zakosić”?
Zabrać ze sobą. To wizja. Jedna z wielu, które mi się pojawiały w tym stanie. Pamiętam ten moment, myśl, że to już, że odchodzę. Nie wiem zresztą, czy chcę zacząć tę naszą rozmowę od umierania.
Możemy od zmartwychwstania. Jak się zmartwychwstaje?
Powoli, bardzo powoli. Stopniowo. Wolniej niż by się chciało. Na pewno jest taki moment, kiedy się wie, że się zostaje, że się nie przeszło na tę drugą stronę. Jest pewność: a jednak dalej jestem, trwam, żyję. Pamiętam, jak leżałam na OIOM-ie. To była Wielkanoc. Ludzie na łóżkach. Ja też, w pełni świadoma i w pełni sparaliżowana. Przychodzili bliscy. Ale nie tłumy. Były ograniczenia. Słyszałam rozmowy, modlitwy, czytania Drogi Krzyżowej. Pocieszania, płacze. Na oddziale intensywnej terapii dużo się dzieje. Ci, którzy leżą, są niemi. Ciała nieruchome, prawie bez życia. Natomiast wokół salowe, pielęgniarki, lekarze, mycie, badania, zmiany. Podano mi krew. Poczułam, że to jest jakieś życie. Człowiek w chorobie walczy, nabiera różnych technik. Ja w wyobraźni i w snach uciekałam na wojnę do Iraku. Walczyłam, byłam żołnierką. To mi pomagało żyć. Na tej wojnie walczyłam o swoje utracone indiańskie pióra. Kiedyś takie pióra naprawdę zgubiłam. Dostałam je w postaci pięknego maleńkiego srebrnego naszyjnika mojego przyjaciela, który z kolei miał je od pewnej Indianki. Po kilku latach je zgubiłam. W snach, w chorobie, to właśnie ich szukałam. I to je znajdowałam, to gubiłam.
Znajduje je pani też w jednej ze swoich piosenek, w „Walczyku”.
Zobaczyłam je w wyobraźni, kiedy już wiedziałam, że będę zdrowa. W snach już było po wojnie, wracałam z Iraku, wjeżdżałam w Tatry, które bardzo kocham. Pokazało mi się pasmo gór, a tam srebrzące się maleńkie pióra. Wszystko w śnie. Myślę, że ten obraz mnie popchnął w kierunku muzyki. W teledysku napotykam na drodze pióropusz i on daje siłę. Wiem, że miałyśmy mówić o chorobie, o umieraniu, zmartwychwstaniu, ale bez wyobraźni bym tego wszystkiego nie przeżyła. Ona mi otwierała głowę, również na muzykę. Gdyby nie tamte przeżycia, nie byłoby piosenek, nie byłoby płyty „Transformacja”. W tej wyobraźni spotykałam się z różnymi postaciami, które poznałam w książkach, w filmach. Rozmawiałam ze Stephenem Hawkingiem. I te rozmowy mnie motywowały do walki. Patrzyłam na niego i myślałam, że skoro on tyle lat żyje w chorobie i z chorobą, pracuje, pisze książki, ma rodzinę, to i ja jakoś przetrwam. Nawet napisałam taki list - piosenkę do Hawkinga. To jest dla mnie naprawdę ważna postać. Był dla mnie trenerem, wsparciem, terapeutą.
Jak daleko jest od wyobraźni do duchowości?
Blisko, chyba blisko. W tym bezwładnym ciele jest dużo miejsca na duchowość. To, co tam się dzieje, to podróż nieskończona. Pomagają bliscy, ich obecność. Nie wiem, jak ludzie chorzy w czasie pandemii znosili samotność. Dla mnie kontakt z bliskimi był wszystkim. Dotyk, głaskanie po rękach, po twarzy. Opowieści, śmiech, przypominanie miłych zdarzeń z historii, to jest życie, siła. Pamiętam, że z mamą dużo rozmawiałyśmy. I to było piękne, głębokie, niesamowite. To był czas ogromnej bliskości, która się pojawiła w czasie choroby.
Ona mówiła, pani słuchała?
Nie.
Przecież pani nie mogła mówić.
To była inna forma rozmowy. Miałyśmy alfabet napisany na kartce. Jedno mrugnięcie okiem to „tak”, jeśli litera się zgadzała, dwa mrugnięcia „nie”. Koniec. Proste.
Mrugała pani obojgiem oczu?
Tak. Teraz sobie myślę, jak to musiało długo trwać, żeby ułożyć jedno zdanie. Mama jednak miała cierpliwość. Oczywiście głównie słuchałam opowieści. Przychodził też mój tata i mówił: nie martw się, pójdziesz w góry, to się skończy, zobaczysz. Codziennie też był mój ówczesny chłopak Banan. Przed chorobą się pokłóciliśmy, ale kiedy zachorowałam, był przy mnie i mnie wspierał. Lekarze od samego początku stali na stanowisku, że na zamartwianie nie ma czasu, do szpitala przychodzi się w konkretnym celu: żeby wrócić do życia, do zdrowia. I ja w tym wszystkim leżąca. Ciała jakby nie było. Jakby ktoś wyłączył zasilanie. Świadomość pracowała normalnie, a nawet hiperrnormalnie. Pamiętam, że każdego dnia budziłam się z jakąś niesamowitą energią.
Do życia?
Nie mogłam dostawać żadnych znieczulaczy świadomości istnienia, bo przecież chodziło o to, by moje mięśnie się budziły, a takie lekarstwa tylko osłabiają ich pracę. Lekarze powiedzieli, że nie mogą mi uśpić emocji, bo to może źle wpłynąć na moje ciało. Dlatego tyle było tych snów, przenoszenia się wyobraźnią w inne miejsca. W jakimś sensie czułam się zdrowa. Myślałam sobie: Boże, przecież ja nic nie złamałam, nie mam żadnego nowotworu, w głowie czuję się całkiem dobrze. Do tego mówią, że serce mam zdrowe. A jak się ma serce zdrowe, to wszystko można. Niestety zdrowa nie byłam, skoro w 100 proc. oddychała za mnie maszyna. Jakby ją odłączyli, to bym umarła. I były momenty, kiedy czułam, że już prawie mnie nie ma, że już po życiu.
Pani nie chce używać słowa „śmierć”? Boi się go?
Nie. Nie boję się. Słyszałam to słowo, nawet jak nie było do końca wypowiadane. Mówili, że nie ma poprawy, że nic się nie zmienia. A ja nie mogłam zareagować. Pamiętam, że któregoś dnia otwieram oczy, a nade mną stoi ksiądz. Czuję dziwny zapach. Okazuje się, że przyszedł zrobić ostatnie namaszczenie. Doskonale pamiętam jego twarz. Nie zapomina się tego. Przecież to było przygotowanie do przejścia na tamtą stronę. A ja tego nie chciałam, nie prosiłam o to. Ale jak zaprotestować? Zrozumiałam, że moi bliscy brali pod uwagę wszystkie scenariusze. Naprawdę leżałam bez objawów życia - poza tym mruganiem powiekami. Do czasu, bo lekarze któregoś ranka po prostu powiedzieli: pani Marto, dzisiaj zakleimy pani oczy. Wysychała śluzówka, więc lepiej nie patrzeć, niż oślepnąć. I zakleili, plastrami chyba. I absolutna ciemność. Wcześniej mogłam patrzeć tylko przed siebie, do góry. Kawałek okna, ludzi, biały fartuch. Do tego przeczulica. Ktoś mi położył poduszkę, a ja ją odczuwałam jak cegłę. I nic nie można zrobić. Pamiętam, jak masażysta położył mnie tak jakoś bokiem, trochę na brzuchu i poszedł. Boże, jak mnie to strasznie bolało. Rozpacz. Zastanawiałam się wtedy, czy jestem jeszcze człowiekiem czy już tylko przedmiotem, który się przekłada. Klocem takim. W 100 proc. byłam zdana na innych.
Zapytała pani: dlaczego ja, dlaczego to mnie spotkało?
Zdrowa dziewczyna, kobieta, pracowałam, miałam swoje pasje. I niby było wszystko w porządku. I nagle z dnia na dzień coś takiego. Dramat. Nie wiadomo, co się stało. Ale stało się. Przed chorobą byłam bardziej wierząca. Potem moje odczuwanie wiary się zmieniło. Jednak nigdy nie zadałam pytania: dlaczego ja? Wiedziałam, że to nie stało się bez przyczyny, że może to w jakimś sensie dla mojego dobra. Oczywiście tłumaczyłam sobie, że najtrudniejsze doświadczenia dostają ci najwięksi rycerze. I proszę mi wierzyć, że w takich chwilach to pomaga. Jest taki proces we wszechświecie, że na jednych trafia, na innych nie. I to trzeba wziąć na klatę.
Że najpierw drętwieje palec u nogi, a potem całe ciało?
Miałam objawy grypowe. Totalne osłabienie. Bardzo bolała mnie głowa. Ale zamiast się położyć do łóżka, poszłam do pracy, chyba na 13 godzin. Pamięta pani Restaurację Śpiewających Kelnerów? Była taka w Warszawie. I śpiewałam, i byłam kelnerką. Zatraciłam się w pracy, straciłam kontakt ze sobą, zapomniałam się. Wydawało mi się, że jestem nie do zdarcia. Po pracy pojechałam do mamy. Wstałam i nie było innego wyjścia, trzeba było iść do lekarza. Wychodząc z domu, już mi stopa na tyle zdrętwiała, że musiałam podpierać się o moją mamę. Na miejscu czekałam chyba z trzy godziny. Ale zdarzył się cud, że pani internistka była osobą precyzyjnie wykształconą. Powiedziała, że nigdy się z tą chorobą nie zetknęła, ale zajrzała przy mnie do książki. Ostukała mnie malutkim młoteczkiem. I kiedy się okazało, że w jednej połowie ciała jest czucie kompletnie inne niż w drugiej, powiedziała, że to prawdopodobnie zespół Guillaina-Barrégo i że mam natychmiast jechać do szpitala na Szaserów. Tam zrobiono mi zastrzyk w kręgosłup, żeby wykluczyć tę chorobę. Ale okazało się, że to jest właśnie ta choroba. Od razu trafiłam na wózek, bo niedowład postępował z godziny na godzinę.
Płacze się, co się dzieje?
Nie, nie płacze się. Ja nie płakałam. Kiedy jechałam na tym wózku z potwornym bólem głowy, to czułam spokój. Wiedziałam, że nie mam na to wpływu. Wcześniej byłam bardzo zagoniona, w mętliku. Pamiętam, że miałam lekcje śpiewu z Krystyną Prońko. I że zawsze biegłam po schodach, żeby na nie zdążyć. Jakiś proces autoimmunologiczny zadział się w środku. Czułam, że życie odpływa i że trzeba się temu poddać. Chociaż na chwilę. Człowiek jest z natury istotą niespokojną, jest zanurzony w życiu, w impulsach, bodźcach. Kiedy zachorowałam, to doświadczyłam spokoju również z powodu braku tych impulsów, bodźców. Ciało odchodziło od swoich funkcji.
Podziel się opinią na temat tekstów z Dziennika Gazety Prawnej. Wypełnij ankietę i odbierz prezent e-book: Kodeks Kierowcy. Zmiany 2022
Pani mówi o spokoju zamiast o strachu.
Mówię o spokoju, ale takim dziwnym, zimnym spokoju. On mnie otulał. Życie to ta pulsująca krew, to działanie, to rzucanie się na nowe rzeczy. A ja byłam w stanie „nic nie muszę”. Leżałam i żadnych reakcji.
Wiem, że pani miała specjalne, bardzo nowoczesne łóżko.
Tak, przygotowane dla jakiegoś bardzo ważnego generała. On na tym łóżku też wrócił do życia. To łóżko masowało, podnosiło raz jedną nogę, raz drugą, było wrażenie wody, pływania. Uważam, że ludzie chorzy dostają jakieś dodatkowe siły, żeby przetrwać. Nie wiem, jak wytrzymałam tak długo. Pamiętam, jak mi się wydawało, że już nie mam języka. Obiad podawano mi przecież przez nos. To była miksowana kasza, kotlet i kompot. Czułam, że to nieludzkie, a z drugiej strony, jak inaczej to zrobić. I jeszcze ta tracheotomia, ta rurka, to oddychanie.
Śpiewa pani, że ta blizna po tracheotomii to pani talizman.
I też taka moja trwoga, bo wiem, jak może być źle. Ale to też znak siły, ciemności, którą udało mi się pokonać. Doświadczyłam czegoś trudnego do opisania. Wcześniej nie wiedziałam, że ludzie mogą być tak chorzy. Przecież co dzień takich osób nie oglądamy, na ogół są w szpitalach. Nie lubimy szpitali, nie chcemy o nich wiedzieć. Jakby nie istniały. A dla mnie warszawski szpital na Szaserów jest miejscem mistycznym. Kiedy tamtędy przejeżdżam, to jestem szczęśliwa. Tam traciłam życie i tam je odzyskałam. Kocham to miejsce. Po sześciu tygodniach przeniesiono mnie z OIOM-u do izolatki tuż przy tym oddziale, a potem na neurologię. Tam było mnóstwo ludzi po udarach i z innymi schorzeniami. Obok mnie leżał pan, który każdej nocy płakał. To wtedy myślałam o tym, że jak miałabym z tego nie wyjść, to na 100 proc. domagałabym się prawa do eutanazji. Jestem pewna, że nikt zdrowy bez porozumienia z chorymi nie powinien decydować o ludziach chorych, bo nie ma na ten temat zielonego pojęcia. Ja jednak z tego wyszłam. Wychodziłam jednak milimetrami. Pielęgniarka oddziałowa powiedziała raz: za dwa miesiące usiądziesz. Myślałam sobie: Boże, co ona sobie wyobraża, dlaczego aż dwa miesiące? Bezczelna. A miała rację.
Kiedy pierwszy raz coś drgnęło?
Chyba po sześciu tygodniach. Lekarze postanowili robić mi plazmaferezy, podłączyć maszynę do czyszczenia osocza. Jest taka pani dr Korsak, hematolog, transfuzjolog, wybitnej wrażliwości i profesjonalizmu. Kiedy leżałam, wydawała mi się wielka, bo ja w tej chorobie zmniejszyłam się o połowę. Mam zdjęcia, ręce, nogi bez mięśni. Niesamowite, że to wszystko się odrodziło. Potem jednak się okazało, że pani doktor jest drobniutką osobą. Wrócę jeszcze do tego oczyszczania. Kolejny zabieg. Stoją nade mną i słyszę: „nic się nie poprawia, już szósty zabieg i nic”. A ja czuję, że nie wyjdę, nie dam rady. I wtedy pojawił się żal, straszny żal. Myślałam sobie: i co, tylu was tu przychodzi i nic, i nic nie jesteście w stanie zrobić, co z was za lekarze. Czułam się, jakbym już była pod ziemią. I wtedy dr Korsak na mnie spojrzała i powiedziała: „no, Marta, teraz czas na ciebie”. I to właśnie wtedy się zaczęło. Poczułam, że życie wraca. I jeszcze straszny wstyd. Totalny wstyd. Myśl, że jak ja nie ruszę, to nic nie ruszy. Mnie był potrzebny ten impuls, te słowa pani doktor. Pamiętam, że wtedy zaczęłam minimalnie oddychać. Boże, pamiętam to życie, które we mnie wstąpiło. Potem, kiedy już byłam zdrowa, poszłam do dr Korsak i płakałam, mówiłam, że dzięki jej słowom zaczęłam żyć, a ona na to: „Marta, ja ci nic takiego nie powiedziałam”. I wierzę jej. To ja się w sobie zebrałam. Może z woli walki wkładałam słowa w tych wszystkich ludzi, którzy byli naokoło mnie. Nie wiem. Teraz, śpiewając na scenie, wiem, że tamte emocje są bardzo żywe. Nie odczuwam cierpienia, ale cały czas przeżywam to, co się działo.
Rozumiem, że po czymś takim życie się celebruje.
Jeszcze jak. Cieszę się każdym śniadaniem, każdą chwilą. I wiem, że to brzmi banalnie, ale po tym, co przeżyłam, mam prawo tak mówić i cieszyć się wszystkim. Liczy się życie i tyle. Mam przy tym świadomość marności, doświadczyłam jej. Pamiętam dobrze chwile, kiedy dopadał mnie cynizm, myślenie, co to wszystko jest warte. Któregoś dnia, jeszcze w szpitalu, ktoś przyniósł radyjko, postawił przy moim łóżko, a tam piosenka „I Will Survive” śpiewana tym słodkim głosem Glorii Gaynor. I przykrość, przepaść między przekazem tej piosenki a moim położeniem. Potem koleżanka przyniosła mi tonik do twarzy. Mama przecierała mi twarz wacikiem z tym płynem. Pamiętam ten zapach, tę delikatność, lekkość, życie. Lekkość mi się przypomniała wtedy, to, że rękę można podnieść, napić się kawy, sięgnąć po ciasteczko, przesiąść się do stolika obok. Jak się jest zdrowym, to się tego nie docenia. Mówię to dlatego, że po chorobie jestem wdzięczna za wszystko, za każdy dzień, za to, że w ogóle wstałam. 11 maja wyprowadzili, a w zasadzie wywieźli mnie na pierwszy spacer, po dwóch miesiącach i 11 dniach. Leżałam na łóżku. I nawet głowy nie podnosiłam. Czułam się jak płaz, który się przesuwa. Jedziemy i nagle widzę niebieskie niebo i listki drzew. Życie zobaczyłam. Cud życia. ©℗