Dokąd będę zdrów na umyśle, będę pracował. A jak zachoruję na alzheimera, to nie będę się przecież martwił – mówi Andrzej Ballo, scenarzysta, muzyk, dramaturg i poeta. W każdej z wykonywanych profesji – freelancer. Modelowy przedstawiciel rzeszy ludzi wolnych zawodów, tych wszystkich literatów, dziennikarzy, fotografików, plastyków i muzyków, którzy muszą się nagimnastykować, żeby jakoś przeżyć i jeszcze sobie pożyć. Ballo, jak wszyscy, żyje od zlecenia do zlecenia. Bez etatu, bez płacenia składek, bez stabilności i bez zabezpieczenia na przyszłość.

I co w tym nowego? O grupie dwóch milionów ludzi pracujących na umowach śmieciowych zapisano już tyle papieru, że drzewa Puszczy Amazońskiej (i Białowieskiej też) drżą na dźwięk słów freelancerzy i Polska. Nad ich ciężką dolą pochylają się mądre głowy, w trosce o ich przyszłość rząd ozusowuje, co się da, a Inspekcja Pracy prowadzi wzmożone kontrole. Z epoki, kiedy modne było samozatrudnienie, a praca w roli wolnego strzelca jeszcze bardziej, przeszliśmy do czasów, w których próbuje się uporządkować zdziczały rynek pracy. Jednak wśród tych wszystkich śmieciobiorców jest grupa niezauważana i niedoceniana. Z którą nie ma sensu się liczyć, bo nie stanowi wielkiej siły politycznej, poza tym łatwo ją zdeceprecjonować i wyśmiać. To ci wszyscy „artyści” właśnie.

Poza tym przecież to normalne, że artysta przymiera głodem. Wtedy jest bardziej kreatywny. Nie bierze się w ogóle pod uwagę, że taki stosunek do tych grup zawodowych rodzi patologie, także przy rozdziale publicznych pieniędzy. A także, że za pół pokolenia będziemy mieli kilkusettysięczny problem w postaci starych, schorowanych ludzi bez prawa do emerytury, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia socjalnego.

Spotkamy się w Tajlandii

Doktor Mikołaj Iwański, filozof i ekonomista, który na szczecińskiej Akademii Sztuki prowadzi zajęcia z rynkowych i społecznych uwarunkowań sztuki, irytuje się, kiedy słyszy frazę o głodnych artystach. – Czemu nikt nie mówi o głodnych policjantach, oni też będą bardziej kreatywni, kiedy odbierze się im środki do życia – ripostuje. I mówi, że kondycję polskich artystów utrwaliła teoria klasy kreatywnej ukuta pod koniec lat 90. XX w. w Wielkiej Brytanii. Ów sektor kreatywny, bazujący na 3T (talent, tolerancja, technologia), miał zastąpić kurczący się przemysł i dać nowe miejsca pracy. Ale to, co może zadziałać w bogatszych krajach, u nas stało się pretekstem do stworzenia kasty artystycznych pariasów. – Komercja ze sztuką niekoniecznie idą w parze – komentuje dr Iwański.

Na to, żeby być artystą, stać albo bogatych, niekoniecznie utalentowanych. Albo bardzo zdesperowanych. Lub spryciarzy, którzy potrafią przez słomkę wyssać nektar stypendialno-grantowy. Ale nawet jeśli nauczą się, jak korzystać z systemu, który zresztą nie jest hojny, zamiast tworzyć, biegają za pieniędzmi, wypełniają druki, piszą projekty. Ich treść jest często nakierowana na target jurorski – raz dobrze widziane są performance,y pod hasłem wiwat geje i lesbijki, wstydźcie się brzydcy Polacy, innym razem dofinansowanie można dostać za żołnierzy wyklętych.

Małgorzata Goliszewska po Akademii Sztuki w Szczecinie jest artystką wizualną, od 7 lat żyje ze sztuki i filmu. Tak naprawdę żyje ze stypendiów, nagród i grantów, bo to, co robi, trudno skomercjalizować. Ma też bezpłatny staż na macierzystej uczelni – jako asystentka. I marzenie, że dostanie tam kiedyś etat, bo bez jakiejś choćby mikrej stabilizacji nie wyobraża sobie założenia rodziny. No i mając choćby skromny etat, mogłaby spokojnie tworzyć, bez paniki. – Dla studentów to normalne, że są biedni. Ja bardzo się starałam podczas nauki nie dlatego, że jestem typem kujona, ale celowałam w stypendium rektorskie za wyniki – zdradza. Teraz jej sytuacja niewiele się zmieniła: ciągle sprawdza, gdzie może się zgłosić, żeby zarobić trochę kasy. Przyznaje, że warto jest się zakręcić, bo im więcej nagród i grantów, tym łatwiej o kolejne.

Takich osób jak ona jest mnóstwo. Część idzie do korporacji, porzucają marzenia o sztuce i harują po kilkanaście godzin dziennie, np. w reklamie. Ale i ci najczęściej robią na freelansie. Jest trochę komercyjnego zajęcia przy produkcji filmów, przy projektowaniu książek – ale to mały rynek, wielka konkurencja. Ci, którzy wytrwali, jakoś się wylansowali, także mają problem z utrzymaniem. Bo to taka twórczość, w którą najpierw trzeba włożyć – weźmy malarza: blejtramy i farby są drogie, jeszcze droższa jest rzeźba, więc już nie ma niemal rzeźbiarzy, taniej wychodzi film, ale tutaj pojawia się kwestia sprzętu i postprodukcji. A ile można zarobić? Dr Iwański daje krótki cennik: według Porozumienia o minimalnych wynagrodzeniach dla artystów zawartego przez Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej (jeśli galeria płaci), to za wystawę indywidualną można dostać w porywach do 3,7 tys. zł brutto. Za udział w zbiorowej – 700–900 zł brutto. Ale zanim zaczną płacić za wystawy, trzeba się umieć sprzedać – artysta i jego dzieła to tylko półprodukt, muszą nabrać wartości rynkowej i symbolicznej. A Polska to nie Stany, system stypendialny mamy marny, artyści menedżerów nie zatrudniają, a instytucje państwowe, które mają wspomagać sztukę, niezależnie od panującej aktualnie władzy są udzielnymi księstwami, gdzie dyrektor monarcha często rozdziela łaski i apanaże.

Małgorzata Goliszewska nie wie nawet, czy jest ubezpieczona, czy odkłada jakieś składki zdrowotne i emerytalne. Stara się nie myśleć o takich strasznych rzeczach jak starość czy choroba. – Jestem optymistką – mówi o sobie. Jak się zaczyna bać, pociesza się, że ma własnościowe mieszkanie. I jak już będzie źle, wynajmie je i wyjedzie, gdzieś do Tajlandii albo Kambodży, gdzie życie jest tanie. I za równowartość 1 tys. zł miesięcznie będzie mogła i żyć, i tworzyć.

Psucie rynku

Wszyscy moi rozmówcy rozważali bądź rozważają tę opcję – wyjazd. I każdy na własną rękę robi ranking: kto ma najgorzej. – Niezależni artyści wizualni są w opłakanej sytuacji, gorzej mają chyba tylko poeci – uważa dr Iwański. Literaci, dziennikarze też są w dołku: piszą, nikt nie chce czytać. A fotografowie? Odkąd każdy ma w kieszeni smartfona, stracili rację bytu. Narzekają także muzycy. Ci filharmonijni (zwykle na mikroetacie) zazdroszczą rozrywkowym, bo tamci przynajmniej mogą pochałturzyć. Wszyscy mówią o jednym: makabrycznie popsutym rynku. Gdzie wyrzucono twórców z etatów i z roku na rok obniża się stawki.

Robert Ziębiński, dziennikarz kulturalny, pisarz, twórca portalu (nie całkiem) kulturalnego Dzika Banda, opowiada: od 2008 r. stawki w papierze poleciały o 50 proc. w dół. Za duży, analityczny tekst, za który wcześniej płacono 2 tys. zł, dziś można dostać 700. Internet, do którego przeszli czytelnicy i reklamy, nie lubi płacić – zastępy dzieciaków napiszą za darmo, za bilet do kina, za wpis do CV. A jeśli już płaci, to oszczędnie: portale specjalistyczne dają 60 zł za tekst na 3,5 tys. znaków, do 250 zł za poważne tekścidło. Duże portale podniosły stawki – do 500 zł. – Kiedyś dzwoni babka z jednej z największych agencji reklamowych w Europie. Potrzebuje na już dla klienta, którego skasowali na pierdyliard dolarów, kilku tekstów na stronę internetową, bo tuż przed świętami wprowadzali nową markę. Pyta, ile za to sobie życzę. Ja, że 4 tys. zł. Ona, że może zapłacić 600 zł – opowiada Ziębiński. Mówi, że wziął to zlecenie, bo miał już napisane teksty na ten temat w archiwum w komputerze. I zwyczajnie poprzeklejał. Ale do dziś żałuje. – Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jeśli nie ty, to zawsze znajdzie się ktoś, kto to zrobi – mówi. I dodaje ze śmiechem, że na przelew czekał cztery miesiące.

Efekt jest taki, że twórcy są coraz biedniejsi, a jakość tekstów coraz gorsza. Krytycy sztuki de facto nie istnieją, zamiast recenzji książek umieszcza się pisane niepoprawną polszczyzną wpisy blogerek, które uwierzyły, że potrafią. Tego nie da się już zatrzymać. Świat się zmienia. Kiedyś, w epoce kina niemego, goście grający na fortepianach mieli dobrą fuchę, przygrywając w kinach. Wraz z nadejściem udźwiękowienia stracili robotę, a wraz z nimi aktorzy, którzy nie mieli głosu. Telewizja zmieniła układ sił, deklasując radio, płyty CD i DVD wyparły kasety VHS, aby zostać wysłane do lamusa przez kanały VoD i streaming. Każda rewolucja technologiczna ma swoje ofiary. Teraz też ludzie się przebranżawiają, próbują być elastyczni. Tyle że w naszych warunkach jest to trudne. Z powodu zepsutego rynku i stawek, jakie na nim rządzą. Ale także z powodu patologii systemu wsparcia instytucjonalnego. Kolejną kwestią jest pięknoduchostwo twórców, którzy wierzą, że jakoś to będzie.

Rozciąganie aż do bólu

Aleksandra, 37 lat, zajmowała się już architekturą wnętrz, charakteryzacją filmową, wizerunkiem marek, studiowała, doszkalała się, zaliczała kolejne kursy. Jej ostatnia praca etatowa przed wolnością dla znanej firmy branży skórzanej, choć nieźle płatna, miała, jak mówi, słabe klimaty i zajmowała ją od rana do wieczora, razem z weekendami. Po urodzeniu dziecka nie bardzo chciała wracać, a kiedy się okazało, że jej szefom nie bardzo potrzebna jest młoda mama, która jest teraz gotowa pracować zaledwie na 3/4 etatu, nie robiła histerii, tylko zainkasowała ponad 50 tys. zł odprawy i postanowiła iść na swoje. – Fotografowałam od zawsze, pomyślałam, że mogę się z tego utrzymać – wspomina.

Wzięła drugie tyle kredytu, urządziła studio w garażu, kupiła trochę sprzętu. Za mało, nie wystarczyło na fotobudkę, sprzęt do fotografii obrotowej i jeszcze parę gadżetów. Zresztą kasa szybko się rozpełzła, jeszcze nie umiała myśleć o niej, jak freelancerowi przystało, tylko wydawała ją jak dziunia z korpo: jeśli w sklepie położonym 80 km od jej domu był designerski pojemnik na płyn do mycia naczyń, to wsiadała w auto i jechała. Chciała założyć firmę z prawdziwego zdarzenia, płacić podatki i ZUS, złożyła wniosek do Ministerstwa Rolnictwa o dofinansowanie do działalności gospodarczej (można było zgarnąć 100 tys. zł bez wkładu własnego), ale odrzucili, więc odwołuje się. Wygrał chłopak o takim samym nazwisku jak jeden z jurorów, ale to pewnie przypadek.

W każdym razie zamiast działalności gospodarczej została przy freelansie. Znalazła lukę, bo w gronie fotografów konkurencja wielka, nawet nie myślała, żeby wejść w wesela. Postawiła na fotografię dzieci – zwłaszcza noworodków. Tutaj też potrzebne były nakłady – w beanbaga (duża pufa do zdjęć), huśtawki, owijki, opaski, kocyki. Na razie tych kocyków ma 15, ci, którzy dłużej robią fotografie dzieci – po 200. Sesja kosztuje u niej 350 zł, chrzciny 500–700 zł. Niemało? Wszystko zależy od tego, ile ma zleceń, choć i tak wychodzi teraz lepiej niż na robieniu packshotów (fotografie katalogowe produktów), od których zaczynała. Życie jakoś się toczy.

Czy wróciłaby na etat? Na chwilę, żeby się odbić finansowo. O emeryturze pomyśli potem. Nie wierzy w ZUS. Na razie odkłada trochę w funduszach. I zainwestowała 15 tys. zł w beczkę whisky, ma zwielokrotnić swoją wartość. Jak nie, to przynajmniej będzie się czym upić.

Sztuka autopromocji

Paweł Krzywicki jest zawodowym fotografem, na freelansie od 2002 r., kiedy zwolnili go z telewizji. Mówi, że na założenie działalności gospodarczej go zwyczajnie nie stać, ZUS jest zbyt dużym obciążeniem. Poza tym jako wolny strzelec nigdy nie wie, czy i ile zarobi, a prowadząc firmę, musisz odprowadzać składki, bo inaczej cię zwindykują. On stara się nie mieć długów, nie bierze kredytów, rządzi się tym, co zarobi.

Paweł wyspecjalizował się w fotografii biznesowej i wizerunkowej firm, niedawno otworzył studio. Wcześniej stawiał głównie na fotografię prasową, ale zrozumiał, że musi poszukać czegoś innego, aby w miarę stabilnie ustawić się na rynku. Najtrudniejsze było stworzenie odpowiedniego portfolio, bo od jego pokazania zaczyna się rozmowa z klientem. Następna trudność – zdobycie zleceń. Marketing szeptany nie wystarczy, jeśli chce się istnieć, musi być profesjonalny. To było coś, czego musiał się nauczyć. Najpierw przebudował swoje myślenie, potem stronę internetową, wynajął informatyka, który zajmuje się pozycjonowaniem jej w Google’u. – Sam nie jestem w stanie tego robić, za to prowadzę profil na FB. Nie żadne kotki, wakacje, ale budowanie wizerunku – opowiada. Zdaniem Pawła Krzywickiego ważne jest też skompletowanie ekipy.

O tym, że bycie freelancerem to zajęcie, które faktycznie wykonuje się w grupie, mówi nie tylko on. Podobne wrażenie ma Marcin Czaba, scenarzysta, twórca grupy na FB „Jest praca dla freelancera”. Opowiada, że założył ją z rozpędu, bo kolega poprosił go o znalezienie pracy dla znajomego, dźwiękowca halowego, który miał kłopoty. Zaczął spamować skrzynki kolegów tą prośbą, dla tamtego nie znalazł roboty, ale przez przypadek udało się załatwić zajęcie dla trzech innych osób. Więc pomyślał, że dlaczego nie skontaktować wszystkich potrzebujących w jednym miejscu i tak powstała ta grupa, która dziś liczy ponad 46 tys. osób. I się rozwija. To, co Czabie najbardziej się w niej podoba, to to, że wykształciły się pewne zasady wśród użytkowników: przestali brać udział w konkursach typu 500 zł dla tego, kto zaprojektuje najlepsze logo dla firmy. Jak chcesz logo, wynajmij plastyka i mu zapłać. A co najważniejsze, dzielą się między sobą pracą i zleceniami. Polecają nawzajem. Taka solidarność w gronie najmitów. Którzy zrozumieli, że aby przetrwać, warto być razem. – Ja także kilkakrotnie przeżyłem dzięki kolegom, którzy dali mi pracę, której sami nie byli w stanie wykonać – opowiada. Jest trochę tak, jak w organizacjach, o których pisał w swojej książce „Pracować inaczej” Frederic Laloux – bez hierarchii, bez szefa, ze świadomością tego, co istotne w życiu. –Bycie freelancerem uczy odpowiedzialności i zupełnie innego spojrzenia na świat. Mając świadomość, że musisz pracować do śmierci, nie masz ubezpieczenia zdrowotnego ani zapewnionej emerytury, zaczynasz myśleć o tym, żeby dbać o zdrowie, by nie eksploatować się nadmiernie, bo sił musi starczyć na długo. Uczysz się zarządzać pieniędzmi, ale także swoim czasem, żeby nie zwariować.

Śnić o e-mailach

Lena (zmienione imię) jest dziennikarką, redaktorką, autorką książek. Freelance to nie jej wybór, została zredukowana z redakcji dużego pisma, więc musiała jakoś przetrwać, a umie tylko pisać. Więc pisze, zdobywa zlecenia, bo ma nazwisko i kontakty. To, czego jest pewna, to tego, że w dzisiejszym świecie nie ma żadnej pewności. Jak masz pracę, mogą cię zwolnić. Masz zlecenia od dobrego klienta, z dnia na dzień mogą przestać przychodzić – bez słowa wytłumaczenia. Starasz się planować, ale nigdy nie wiesz, czy i ile zarobisz. Lena także zawiesiła firmę, bo wyrażenie „płynność finansowa” wywołuje na jej twarzy ironiczny uśmiech. Podaje przykład: we wrześniu zeszłego roku liczyła na 6 tys. zł wpływów. Na jej konto wpłynęło 500 zł. – Wielkie firmy chętnie wyprowadzają pracę na zewnątrz, ale system jest do tego niedostosowany, a freelancer jest zawsze ostatni w kolejce po pieniądze – wzdycha. Jedni płacą zaraz, kiedy przyślesz zamówiony tekst, inni dopiero po jego opublikowaniu, a potrafi leżeć i czekać parę miesięcy. Nie zawsze się też wie, za ile się pracuje. W połowie firm da się dogadać, ale reszta wycenia dopiero po publikacji. Mają widełki – np. 1–2 tys. zł. A to, czy dostaniesz tysiąc, czy 1,8 tys., robi różnicę, prawda?

Dużo czasu zajmuje jej praca sekretariatu – chodzenie na pocztę, wysyłanie umów, odpisywanie na e-maile itd. – Doszło do tego, że zaczęły mi się śnić e-maile czy SMS-y, a nie ludzie – mówi. W dzień załatwia sprawy urzędowe, spotyka się z bohaterami, pisze w nocy. Teksty i książki. Kładzie się zwykle ok. 5 rano. Trzeba samodyscypliny, ale tę wyniosła z korpo. Nie ma kredytów, nie ma dzieci, ma mieszkanie. Ale co jakiś czas dopada ją panika. Przez dwa tygodnie nikt nie zadzwonił, nic nie zamówił. A potem spiętrzenie – sześć zleceń. Ulga. I zaraz myśl: Ale co, jeśli kiedyś naprawdę nie zadzwonią?

– Pomiędzy atakami paniki miałam kilka propozycji stałej pracy. Podziękowałam, zanim doszliśmy do etapu rozmowy o zarobkach. Wolę umrzeć z głodu niż z nudów – mówi Lena. Bo to, co najfajniejsze w jej teraźniejszym życiu, to ciekawe tematy, które robi, świetni ludzie, z którymi się spotyka, możliwość wyboru, co wziąć, a czego nie, zamiast przygnębiającej pewności, że w grudniowym numerze będzie o świętach, w lutym o miłości, we wrześniu o szkole i tak dalej. – Ale za 1,5 tys. zł napiszę na każdy temat – śmieje się. I dodaje, że paradoksalnie dzisiaj mniej się boi, niż kiedy miała stałą robotę. Bo nikt nie może jej zwolnić.

Ataków paniki doświadcza także Kasia Troszczyńska, dziennikarka i redaktorka, której 5 lat temu podziękowali za etatową pracę. Pierwszy jej atak był po odebraniu wypowiedzenia, złapała za telefon, dzwoniła: daj mi coś do pisania. Nie było niczego. Ma wprawdzie w odwodzie męża i jego pensję, ale mają spore wydatki, więc byłoby im ciężko. Początkowo trudno było się jej zmobilizować: dziecko do szkoły, mąż do pracy, ona w łóżku ogląda seriale kryminalne. Ubierała się o godz. 15. Znalazła następną pracę, w korporacji internetowej. Ulga. I szybko po niej przyszła wściekłość. Codziennie to samo. Rano w korkach, na korytarzach plotki i obgadywanie, walka o wpływy. Wieczorem znów w korkach do domu. To dobre dla młodych wilczków, gotowych za 2 tys. zł spać w firmie. Ona tak nie chciała. Po trzech miesiącach kolejny atak lęku: korpoporanek, godz. 8, kolegium, a ona ma tematy zebrane na szybko, byle jak, nie zdążyła, szef wymagający, będzie opierdziel, tętno waliło jak przed maturą. – Mam 40 lat, a zachowuję się jak uczennica – pomyślała. Tego dnia wracała do domu o godz. 20 już jako wolna kobieta. Śpiewała w samochodzie. Poziom lęku spadł, wzrosła dyscyplina pracy. Wstaje rano i pisze.

To, co jej dolega, to samotność. I brak zaplecza, choćby prawnego. Starość, emerytura? – Jeśli Krystyna Janda ma 1100 zł świadczenia, to ja o takim mogę tylko pomarzyć – mówi. Coś tam odkłada, ale martwić się będzie potem. Na razie nie ma ataków paniki związanych z tą kwestią, przychodzą, kiedy odłożyła pisanie na ostatnią chwilę i w oczy zagląda gilotyna deadline’u.

Najlepiej ubrany poeta w Polsce

Wstaję o 5.30, pracuję do 8–9 rano, wstaję od komputera. Uf, co to był za dzień. Ludzie dopiero idą do pracy, a ty już zarobiłeś – opowiada Andrzej Ballo. Człowiek orkiestra, mistrz autopromocji, bajarz, ulubieniec kobiet. Matematyk z wykształcenia, poeta, scenopisarz, reżyser, muzyk, ghostwriter, tekściarz. Ani jednego dnia nie przepracował na etacie, ale nie przymiera głodem. Wydał 13 tomów wierszy. Gdyby to było w Stanach, mówi, wystawiłby sobie za honoraria dom. – Najlepiej zarobiłem na tomiku „Ballo Amoroso” w welurowej okładce, każdy za ponad 100 zł ludzie kupowali na prezenty – raportuje.

Towar luksusowy jest najbardziej pożądany, więc tak, jak udało mu się sprzedać swoje wiersze o miłości za niezłe pieniądze, tak stara się sprzedać siebie i swoją markę. Sowizdrzała, poety, filozofa. Mężczyzny, który żadnej pracy się nie boi. On oprócz poezji pisze teksty reklamowe, scenariusze, nawet do programów kulinarnych, sztuki teatralne, teksty piosenek, ostatnio wydał powieść i, jak wszyscy, ma nadzieję, że to będzie strzał, sukces, reflektory, życie się odmieni. Więcej czasu niż pisanie tekstów własnych i zleconych zajmuje mu budowanie swojej legendy. Jego mistrzowie to Hemingway i Hłasko, przy czym oni nie mieli do dyspozycji portali społecznościowych. – Codziennie daję 3–4 wpisy prowokacyjne, zmuszające do myślenia. Dzięki temu mam fanów, a raczej fanki. Oraz zlecenia – przyznaje.

Emerytura? – Jest tylko dzisiaj, jak mam 150 kaw do wypicia, muszę to natychmiast zrobić, mam 150 cygar, to wypalę je w tydzień. Co z tego, że to jest poza? Bycie poetą zobowiązuje. Lubię ryzyko, przeklinam, awanturuję się, ciężko pracuję na swoją pozycję – śmieje się Ballo. Nie pytam go o kłopoty z opłaceniem czynszu, o choroby, bo mnie wyśmieje. Hemingway ani Hłasko nie opowiadali o takich pierdołach.

Czasem ręce i smyczki opadają

Józef (imię zmienione) jest muzykiem. Gitarzystą, grał w popularnych ongiś kapelach. Ale i tak, choć jego koledzy z branży muzyka poważna mu zazdrościli możliwości dorabiania, nie był w stanie się z tego utrzymać. Latem było trochę koncertów, ale po 2008 r. rynek firmowych imprez umarł, a on poprzysiągł sobie, że nie będzie grał na weselach. Zrobił kolejne studia – realizacja dźwięku. Miał nadzieję, że popracuje przy filmach, koncertach, nagraniach. Było słabo. Zdarzyła się rodzina, urodziło dziecko. Potrzebna była stała kasa. A jeszcze żonę zredukowali, też musiała iść na freelance.

Józef zaczepił się w ośrodku wychowawczym jako instruktor muzyczny, nagrywał z chłopakami ostre kawałki rapowe. Teraz pracuje na oddziale z chorymi psychicznie – muzykoterapia, tak to się nazywa. Oczywiście też na freelansie, choć siedzi tam od rana do nocy, żeby wyrobić godziny i coś przynieść do domu. Można pomyśleć, że jest nieudacznikiem, ale niedawno Robert Brylewski pisał na FB odezwę, żeby mu pomóc, bo nie ma z czego żyć. Zapomniał zapisać się do ZAIKS-u, więc nawet tantiem mu nie płacą. Kolega Józefa, dobry muzyk, znana kapela, jeździ na taksówce i leczy się z depresji.

– Tamten rząd zabrał nam 50 proc. kosztów uzyskania przychodu, ten stara się ozusować każdą umowę, niby dla naszego dobra i spokojnej starości, mam nadzieję, że kolejny się od nas odczepi i zostawi w spokoju – złości się Józef. Ale nic na to nie wskazuje. Środowisko muzyków zbulwersował wyrok kasacyjny Sądu Najwyższego z 10 stycznia tego roku, w którym SN podzielił stanowisko Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i uznał, że muzyk wykonujący partię w koncercie organowym nie powinien zawierać umowy o dzieło, ale umowę-zlecenie. Czyli nie twórca on, ale – nie przymierzając – szoferak.

I tak zdechniemy

Strach przed starością? Potężny! I nie bardzo mam pomysł, co na emeryturze. Pocieszam się, że pisać powieści mogę do końca życia, a przynajmniej do osiągnięcia takiego stopnia demencji, że będzie mi wszystko jedno, co jem i gdzie mieszkam – przyznaje Marta Guzowska, archeolog i popularna autorka powieści kryminalnych. Wyrobiła sobie nazwisko, pisze jak szalona książki, na artykuły do prasy, które wcześniej dawały jej zarobić, nie ma czasu. Raz, dwa razy w roku jest zastrzyk gotówki, ale przy rodzinie, przy dzieciach już się nauczyła, że nie idzie się na zakupy, tylko oszczędza, weryfikuje swoje potrzeby i sprowadza je do minimum. Andrzej Ballo ironizuje, że jak padnie nosem w klawiaturę, to będzie mu wszystko jedno. A jeśli wcześniej upomni się o niego wujek Alzheimer – podobnie.

Więc nie ma się o co martwić. Jeśli państwo wyrzuciło twórców poza system, oni sobie na tym marginesie poradzą. Prawdziwy kłopot przyjdzie, kiedy się zestarzeją i zniedołężnieją. Ale z tego także będzie można zrobić jakiś performance albo telewizyjny, dochodowy show. Eutanazja artysty. Muzyk umiera. Odetnij pisarzowi drogę do śmietnika. Wysyłajcie SMS-y, by zdecydować, kto umrze, a kto będzie żył. To dopiero będzie sztuka. Dla jednych free. Dla innych lans. Życzymy państwu dobrej zabawy.