To brakujące ogniwo, dzięki któremu główne prądy ekonomii trafiają na swoje miejsce w układance, a najważniejsze problemy – wolnego wzrostu i wielkich nierówności majątkowych – znajdują wolnorynkowe rozwiązanie.

Punktem wyjścia dla ekonomia binarnej jest absolutnie kluczowy fakt, że, że coraz większą część PKB wytwarza kapitał, a coraz mniejszą wytwarza praca. Automatyzacja prowadzi do tego, że pracy, zwłaszcza ciekawej i dobrze płatnej, jest coraz mniej.

Kiedy popatrzmy na dowolny produkt – np. na paczkę paluszków na półce w sklepie – i wyobrazimy sobie, jak wygląda łańcuch wartości, stwierdzimy, że praca traktorzysty, piekarza, kierowcy, układacza towaru i kasjera stanowi minimalną część ceny, a zdecydowaną i z dekady na dekadę coraz większą jej część to wynagrodzenie dla właściciela gospodarstwa rolnego, piekarni, floty samochodowej i sklepu.

Właściciele kapitału są w coraz lepszej sytuacji, a ci, którzy mają do zaoferowania tylko pracę swoich rąk i wysiłek swoich głów, są w sytuacji relatywnie coraz gorszej. Niskie wynagrodzenia nie jest problemem tylko z perspektywy indywidualnej, lecz także systemowej. Gospodarka nie może się rozwijać nie dlatego, że brakuje mocy wytwórczych, tylko dlatego, że rośnie siła nabywcza Buffetów i Kulczyków, których wszystkie potrzeby konsumpcyjne są już zaspokojone, a nie rośnie tych, którzy mają je niezaspokojone. Chronicznie brakuje popytu.

Z drugiej strony automatyzacja sama z siebie nie jest zła. Rozwój gospodarczy polega również na tym, żeby można było coraz więcej konsumować, pracując coraz mniej i dysponując czasem wolnym na przyjemniejsze sprawy. Problem, zdaniem ekonomistów binarnych, polega na tym, że własność kapitału jest coraz bardziej skoncentrowana. Dlaczego tak się dzieje?

Narastające nierówności

Najważniejszy mechanizm wzrostu w każdej gospodarce to inwestycje. W większości finansowane przez kredyt inwestycyjny. Kto ma do niego dostęp? Ludzie bogaci, bo mogą przedstawić bankowi swój majątek jako zabezpieczenie. Mogą też pomnożyć majątek. Biednym jest trudno zdobyć pierwszy kwant majątku do pomnożenia (pomijam istotny, ale niezmieniający postaci rzeczy wyjątek, jakim jest przedsiębiorczość ludzi nieposiadających kapitału). Biedni nie mają dostępu do podstawowego mechanizmu tworzenia bogactwa w gospodarce. Mechanizm narastania nierówności jest wbudowany w sam fundament gospodarki kapitalistycznej.

To genialne spostrzeżenie Louisa Kelso, ojca ekonomii binarnej, tłumaczy, dlaczego stan posiadania ludzi jest tak różny i… paradoksalny. Prawo malejącej użyteczności krańcowej, które opisuje inne dziedziny życia, nakazywałoby spodziewać się innego rozłożenia majątku w społeczeństwie. Na przykład godzina ćwiczeń daje więcej osobie, która zazwyczaj nie trenuje, niż mistrzowi olimpijskiemu. Albo inaczej: poprawienie swojego wyniku w biegu na 1 km o 5 s będzie kosztowało dużo więcej wysiłku mistrza niż kogoś, kto właśnie skończył swój pierwszy bieg. I tak jest ze wszystkim – określony nakład pracy, wysiłku, pieniędzy daje więcej początkującemu niż zaawansowanemu.

W przypadku zarabiania jest inaczej. Kulczykowi łatwiej jest podnieść w ciągu roku stan posiadania z 11 do 15 mld zł niż przeciętnemu Polakowi zgromadzić 3 tys. zł oszczędności. Gdyby była gra komputerowa, w której po osiągnięciu pewnego poziomu zaawansowania zdobycie każdego następnego było łatwiejsze, najprawdopodobniej nie byłaby ona popularna, bo nikt początkujący nie byłby w stanie rywalizować z zaawansowanymi, a przepaść między nimi byłaby coraz głębsza. Rzeczywistość współczesnych gospodarek kapitalistycznych często przypomina grę z takimi regułami, a ponieważ nie możemy jej zmienić, możemy próbować zmienić reguły gry na bardziej sprawiedliwe. Bo na razie jedynie sztucznie próbujemy zmniejszać dystans między graczami.

>>> Czytaj też: Globalne korporacje chcą by Polacy mało zarabiali

Polityczne niwelowanie nierówności

Nierówności majątkowe jeszcze nie rozsadziły społeczeństwa, ponieważ są kompensowane politycznie na trzy podstawowe sposoby:

– przez redystrybucję od bogatych do biednych;

– poprzez biurokratyzację (czyli ukrytą formę redystrybucji – urzędnikom wydaje się, że pracują i dlatego należą się im wynagrodzenia, choć ta praca często jest niepotrzebna);

– poprzez zadłużenie biednych u bogatych (oczywiście nie bezpośrednio, tylko poprzez instytucje finansowe, a także zadłużenie publiczne), czyli zaciąganie długu wobec przyszłych bogatych.

Nie dostrzegając tego mechanizmu, najważniejsze prądy współczesnej ekonomii skupiają się na walce ze skutkami, a nie z przyczyną zjawiska.

Tak więc keynesiści widzą, że problemem są niskie wynagrodzenia i brak popytu, więc proponują redystrybucję i biurokratyzację. Ekonomiści wolnorynkowi krytykują redystrybucję i biurokratyzację, ponieważ zmniejszają one efektywność gospodarki. Ekonomiści tacy jak Hyman Minsky czy Nassim Nicolas Taleb dostrzegają wynikającą z tendencji do nadmiernego zadłużenia i finansjalizacji niestabilność gospodarki kapitalistycznej, ale nie mają dobrego pomysłu, co z tym zrobić.

Ekonomia binarna krytykuje wszystkie trzy powyższe podejścia i przedstawia inny sposób rozwiązania problemów gospodarki kapitalistycznej, które będzie skuteczniejsze niż keynesowskie i nie będzie miało tylu negatywnych skutków, przed którymi ostrzegają liberałowie i ekonomia niestabilności finansowej.

Kapitalistów powinno być więcej

Żeby rozwinięta gospodarka mogła funkcjonować, większość ludzi musi oprócz pracy mieć dochody z kapitału. Ekonomia binarna uważa, że jest pożądana sytuacja, w której ludzie co najmniej połowę dochodów czerpią z kapitału. Postulat pełnego zatrudnienia i wzrostu opartego na wynagrodzeniach zdaniem ekonomistów binarnych jest przestarzały i nie przystaje do obecnej gospodarki. Praca w gospodarce znaczy i będzie znaczyła coraz mniej. Politykę gospodarczą należy do tego dostosować, a nie uparcie starać się, aby do pracy trafiły dochody, które generuje kapitał.

Louis Kelso zaprojektował ESOP (Employment Stock Ownership Plan – proponuję nazywać go po polsku „programem pracownik właścicielem”, dalej PPW). Jest to pewien rodzaj akcjonariatu pracowniczego. W skrócie polega on na tym, że rząd daje przedsiębiorcom dużą ulgę podatkową, o ile uwłaszczą swoich pracowników poprzez wyemitowanie nowych lub przekazanie im części istniejących udziałów. W praktyce oznacza to, że firmy oprócz klasycznych form finansowania swojej działalności, takich jak dług, emisja udziałów i leasing, mają do wyboru jeszcze jedną – tzw. finansowanie binarne poprzez PPW.

Finansowanie firmy przez PPW najłatwiej wytłumaczyć przez porównanie z leasingiem operacyjnym. Firmy leasingują maszyny i samochody, bo rata leasingowa w całości stanowi koszt uzyskania przychodu. Gdyby maszynę kupić na kredyt, kosztem uzyskania przychodu byłaby tylko rata odsetkowa, a spłata kapitału już nie. Finansowanie poprzez PPW polega na tym, że firma kupuje na kredyt potrzebną maszynę za pośrednictwem trustu pracowników. Dzięki temu cała płatność (zarówno odsetki, jak i kapitał) jako część wynagrodzenia pracowników staje się dla firmy kosztem uzyskania przychodu. PPW z kolei nie podlega opodatkowaniu. Dzięki temu można przekazać do banku całą otrzymaną od firmy sumę jako spłatę kredytu. Efektywnie więc firma może taniej finansować swoją inwestycję.

Żeby móc skorzystać z tej ulgi, firma musi wyemitować nowe udziały i przekazać je do PPW. W miarę spłaty zadłużenia do banku udziały przekazane do PPW zostają przydzielone bezpośrednio pracownikom. Ci stają się udziałowcami firmy, w której pracują – z prawem do dywidendy i, najczęściej ograniczonym, prawem głosu.

Zobaczmy, jak to działa, na przykładzie. Przypuśćmy, że firma transportowa chce sfinansować wymianę floty ciężarówek za 12 mln zł. Kredyt kosztuje ją 10 proc. rocznie i ma być spłacany przez pięć lat. Jeśli firma tradycyjnie zadłuży się w banku, przez 60 miesięcy będzie spłacała 200 tys. zł raty kapitałowej i, przy ratach malejących, w sumie 3 mln 50 tys. zł odsetek, które odliczy od podstawy opodatkowania. Przy 19-proc. podatku w ciągu pięciu lat będzie mogła zapłacić 579,5 tys. podatku mniej. W przypadku finansowania binarnego od podstawy opodatkowania będzie mogła odliczyć 1550000 zł, co w ciągu pięciu lat zmniejszy jej zobowiązania podatkowe o prawie 3 mln zł. Żeby skorzystać z tej ulgi, będzie musiała w tym czasie przekazać pracownikom nowe udziały na kwotę większą niż 3 mln zł.

O ile większą? To jest kwestia do dyskusji. Gdyby zastosować system amerykański (firmy przekazują udziały na kwotę równą inwestycji), to do przekazania byłoby 12 mln zł, lecz wyższa w USA stawka CIT (35 proc.) sprawia, że oszczędność podatkowa wyniosłaby około 5,25 mln zł. „Brakujące” 6,75 mln zł to jest prezent, jaki pracownicy w ciągu pięciu lat dostają od właścicieli firmy. Można sobie wyobrazić inną liczbę przekazywanych udziałów w zależności od stawki CIT. Podstawą jest to, że pracownicy dostają udziały warte więcej niż budżet traci na podatku.

Czy właściciele będą chcieli dzielić się zyskami i wpływem na swoje firmy, ponosząc dodatkowy koszt uwłaszczenia pracowników? 100 lat temu Henry Ford zaoferował swoim pracownikom 5-dol. dniówkę – dwa razy więcej niż cena rynkowa. W ten sposób przyciągnął najlepszych i zmniejszył rotację kadr. Stało się jednak coś jeszcze. Jego pracowników mogli już sobie pozwolić na kupno samochodów, które wytwarzali – zwiększyły się ich dochody rozporządzalne. Oczywiście nie wydawali wszystkiego u swojego pracodawcy, ale Ford Motor Company i tak to odczuł w zwiększonej sprzedaży. I to był ważny krok w zmianie systemowej – z pierwotnego kapitalizmu XIX w. do XX-wiecznego kapitalizmu powszechnego dobrobytu. Właściciele zobaczyli, że w pewien sposób opłaca im się „dzielić się zyskami” (jest znamienne, że tak dniówkę za 5 dol. nazywał Henry Ford).

„Prawdziwy rozwój naszej firmy rozpoczął się w 1914 r., kiedy podnieśliśmy minimalne wynagrodzenie z nieco ponad 2 do 5 dol. za dzień. W ten sposób zwiększyliśmy siłę nabywczą naszych pracowników, a oni zwiększyli siłę nabywczą innych ludzi” – napisał Henry Ford w „Dziś i jutro”.

Dziś potrzebna jest podobna zmiana myślenia. Właściciele kapitału powinni zrozumieć, że w ich interesie jest uczynić ze swych pracowników współwłaścicieli, bo inaczej nie będą mieli komu sprzedać produkowanych w swoich przedsiębiorstwach dóbr.

Perspektywa systemowa

I tak się dzieje. Obecnie w Stanach Zjednoczonych firmy z PPW zatrudniają 15 mln ludzi. W większości są to firmy bardziej produktywne niż konkurencja. Jak wskazują badania Stevena Freemana, partycypacja pracowników we własności oraz zarządzaniu zwiększa produktywność.

Jeśli chodzi o gospodarkę jako całość, finansowanie binarne poprzez PPW ma następujące skutki:

– z punktu widzenia pracowników – po zakończeniu spłaty kredytu, nie wykładając pieniędzy z własnej kieszeni, pracownicy obejmują udziały, dywidenda powiększa ich rozporządzalne dochody;

– z punktu widzenia firmy – struktura właścicielska „rozwadnia się”. Właściciele procentowo tracą część udziałów w firmie, ale mają korzyść podatkową i bardziej zmotywowanych do pracy ludzi. Zamiast płacić podatek dochodowy firmy przekazują go w formie udziałów pracownikom (z naddatkiem, który pokrywają z własnej kieszeni);

– z punktu widzenia budżetu – początkowo wspólna kasa traci, tak jak wtedy, gdy zamiast kupować na kredyt firmy leasingują maszyny, później jednak ma większe dochody dzięki większym wpływom z VAT (wydatki pracowników) i szybszemu wzrostowi gospodarczemu;

– z punktu widzenia całej gospodarki – rośnie siła nabywcza osób, które chcą kupować. Jest mniejszy nacisk polityczny na redystrybucję, większa stabilność finansowa (mniejsze zadłużenie dolnych warstw społeczeństwa i mniejsze zadłużenie publiczne).

Jednym z najczęściej podnoszonych argumentów przeciwko PPW jest brak dywersyfikacji.

– Nie wkłada się wszystkich jajek do jednego koszyka – uważa Deidre McCloskey, profesor ekonomii z University of Illinois. – W przypadku bankructwa firmy z PPW ludzie tracą i pracę, i udziały, które miały być ich alternatywnym źródłem dochodu.

To się rzeczywiście zdarza. Najbardziej spektakularnym przypadkiem był upadek Enronu. Zwykle jednak bankructwo nie jest tak niespodziewane i widząc, że w firmie zaczyna dziać się źle, pracownicy mają możliwość reakcji. W określonych momentach mogą odsprzedać swoje udziały firmie po cenie określonej przez niezależnego rzeczoznawcę (lub na rynku w przypadku firm giełdowych). Ponadto amerykańskie przepisy przewidują, że w miarę zbliżania się do wieku emerytalnego pracownik może zdywersyfikować połowę udziałów w firmie swego pracodawcy. Prawdziwą dywersyfikację posiadanego kapitału ekonomiści binarni chcą jednak zrealizować w inny sposób. Finansowanie binarne byłoby dostępne nie tylko dla pracowników, lecz również dla innych grup, np. klientów mocno związanych ze swoimi dostawcami (np. w przypadku przedsiębiorstw użyteczności publicznej). W ten sposób zwykli ludzie mogliby stać się współwłaścicielami wielu firm.

Polski grunt

Czy rozwiązanie, jakie podsuwa ekonomia binarna, można by wprowadzić w Polsce?

– Trudno to sobie wyobrazić, także ze względów mentalnościowych – uważa Mirosław Barszcz, były wiceminister finansów. – Między pracodawcami i pracownikami panuje głęboka nieufność, jeśli nie wrogość. Przedsiębiorcy nie potrafią na partnerskich warunkach rozmawiać z pracownikami, a ci nie poczuwają się do odpowiedzialności za firmę.

To rzeczywiście jest kluczowy warunek sukcesu akcjonariatu pracowniczego. Jak w wskazuje Corey Rosen w książce „Understanding ESOPs”, samo przekazanie udziałów niewiele znaczy. Konieczna jest tzw. kultura własności.

„Firmy, które mają kulturę własności, przekazują udziały regularnie i w ilości wystarczającej, żeby pracownicy odczuli, że ESOP ma istotne zauważalne znaczenie dla ich dochodów; przekazują pracownikom wiele informacji na temat funkcjonowania PPW, a także dane finansowe firmy; angażują pracowników w decyzje związane z tym, jak mogą lepiej wykonywać swoją pracę poprzez spotkania zespołów, doraźne komitety, wnioski racjonalizatorskie i inne tego typu rozwiązania” – pisze.

Brak odpowiedniej kultury tłumaczy, dlaczego własność pracownicza w Polsce kojarzy się źle. Dotychczasowe eksperymenty z akcjonariatem pracowniczym najczęściej kończyły się fiaskiem, ponieważ odbywały się w przedsiębiorstwach państwowych i wielkich. To ostatnie miejsce, gdzie można znaleźć poczucie wspólnoty. Uwłaszczenie pracowników było również formą przekupstwa, aby ci zgodzili się na restrukturyzację i zwolnienia, które najczęściej wiązały się z prywatyzacją.
Problemy z sukcesją

Akcjonariat pracowniczy trzeba zacząć wprowadzać w przedsiębiorstwach, w których poczucie odpowiedzialności za firmę jest najpowszechniejsze. Takie możliwości właśnie otwierają się szerzej niż kiedykolwiek wcześniej. W Stanach Zjednoczonych PPW najczęściej wykorzystuje się jako sposób, aby wykupić firmę od właściciela, który odchodzi na emeryturę, lub przy kłopotach z sukcesją w firmach rodzinnych. A to jest potężny problem, przed którym staje dziś polska gospodarka.

– Przykłady w pełni udanych i zakończonych powodzeniem sukcesji w Polsce można właściwie policzyć na palcach jednej ręki – mówi Dariusz Bednarski, partner w firmie doradczej Grant Thornton. – Tymczasem przykładów, w których przekazywanie firmy z rodziców na dzieci lub oddawanie jej w ręce profesjonalnych menedżerów zakończyło się awanturą rodzinną, decyzyjnym klinczem i dużymi problemami firmy, jest wiele.

– Nie zawsze dzieci przedsiębiorców chcą przejmować ich firmy – mówi Anna Panasiuk, adwokat, założycielka grupy YOURS. – Jeśli uświadomimy sobie, w jakich warunkach powstawały firmy, które dziś stają przed perspektywą sukcesji, jak silnych potrzeba było osobowości, żeby te imperia wybudować, to można sobie wyobrazić, jak w cieniu takich rodziców funkcjonują dzieci. Czasami marzą tylko o tym, żeby się wyswobodzić spod wpływu rodziców. Od coachów, którzy zajmują się sukcesją, słyszałam opinię, że powodzeniem może się kończyć jeden przypadek na dziesięć. Sukcesja na rzecz pracowników może więc być łatwiejsza niż na rzecz dzieci. Myślę, że w Polsce jest duży potencjał na tego rodzaju model przekazywania firmy.

Według szacunków Grant Horton problem sukcesji dotyczy około 6 tys. spośród 69 tys. rozwiniętych, sprawnie działających polskich firm, które powstały w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Zdaniem ekspertów Polska ma nieprzyjazne regulacje dotyczące tej kwestii. Istnieje potrzeba ich zmiany, co naturalnie otwiera przestrzeń, aby uruchomić powtórnie eksperyment z uwłaszczaniem pracowników – tym razem na zdrowych zasadach.

Sukcesja na rzecz pracowników poprzez finansowanie binarne wygląda następująco: właściciel przekazuje udziały firmy do PPW, firma zaciąga kredyt w banku, aby zapłacić właścicielowi należną cenę, a potem spłaca kredyt za pośrednictwem PPW, dzięki czemu osiąga korzyści podatkowe.

Z punktu widzenia wielu właścicieli sprzedaż firmy pracownikom ma tę zaletę, że może ona zachować swoją tożsamość, co jest mniej prawdopodobne, jeśli zostałaby sprzedana wielkiej korporacji albo instytucji finansowej. Pracownicy spłacają firmę z jej zysków brutto, czyli na takich samych warunkach, jak gdyby ktoś już bogaty kupił ją na kredyt.

To jest właśnie podstawowy postulat ekonomii binarnej – chodzi o to, żeby ludzie bez majątku na zabezpieczenie mogli konkurować na rynku kapitałowym na równi z bogatymi. Dzisiaj tak nie jest. Z tego też powodu ekonomiści binarni współczesną gospodarkę nazywają gospodarką niewolnorynkową.

Nowy paradygmat

Polityka gospodarcza państwa powinna wspierać współczesnych Henrych Fordów. Podstawowym celem powinno się stać upowszechnianie i promowanie własności kapitału dla tych, którzy go nie mają. Celem nie powinien być wzrost wynagrodzeń. Polityka pełnego zatrudnienia i rosnących wynagrodzeń musi, tak jak obecnie, wiązać się z wywłaszczaniem posiadaczy kapitału z dochodów kapitałowych, żeby „subsydiować” pracowników, urzędników i bezrobotnych. Dlatego właśnie dochody z kapitału są dziś niskie, ale zdaniem ekonomistów binarnych będą rosły w miarę odciążania kapitału z subsydiowania pracy.

Ekonomia binarna nie jest panaceum. Z pewnością PPW nie jest rozwiązaniem dla każdej firmy. Mogą zastanawiać się nad nim właściciele firm zyskownych i dojrzałych. Właściciele nowych firm nie będą chętni, by dzielić się własnością, zanim firma przyniesie zwrot pokrywający ryzyko, jakie podjęli, zakładając przedsiębiorstwo. Nie jest to też rozwiązanie, które zadziała od razu. Rozpowszechnianie własności kapitału będzie trwało długie dziesięciolecia.

Z drugiej strony trudno nie zauważyć, że w ekonomii binarnej jest coś… eleganckiego. Według najznamienitszych naukowców elegancja to największy komplement dla teorii naukowej. Ekonomia binarna jest centralnym punktem układanki, dzięki któremu najważniejsze prądy współczesnej ekonomii trafiają na swoje miejsce. Można ją porównać do fizyki newtonowskiej, która w trzech zgrabnych prawach pogodziła Kopernika, Galileusza i Keplera. To jest zmiana paradygmatu, której wyglądają ekonomiści dużego formatu (patrz: list Josepha Stiglitza do „Financial Times”).

Widać to świetnie na przykład w dyskusji wokół książki Piketty’ego. Fundamentalna według Thomasa Piketty’ego zależność r>g (stopa zwrotu z kapitału jest wyższa niż wzrost gospodarczy, co powoduje narastanie nierówności) dla ekonomii binarnej jest niemalże trywialna: r oznacza średnie tempo bogacenia się bogatych, g to średnie tempo bogacenia się wszystkich – tak będzie dopóty, dopóki tylko część populacji będzie miała dostęp do podstawowego mechanizmu generowania bogactwa.

Sytuacja W Polsce jest szczególna. Wyczerpują się rezerwy wzrostu imitacyjnego, grozi nam pułapka średniego dochodu, przyszłość systemu emerytalnego stoi pod znakiem zapytania. Okoliczności sprzyjają, jeśli wręcz nie zmuszają do poszukiwania nowych rozwiązań. Niestety nie można tego zrobić bez zmian ustawowych. Kelso udowodnił, że jego pomysł ma sens, przeprowadzając pierwszą transakcję finansowania binarnego, zanim w 1974 r. Kongres wprowadził ulgi podatkowe. Było to możliwe, ponieważ w amerykańskim systemie prawnym istnieje instytucja nieopodatkowanego trustu.

– W Polsce bez zmian legislacyjnych nie można przeprowadzić podobnej transakcji – mówi Filip Świtała, doradca podatkowy z kancelarii Martini i Wspólnicy. – Pracownicy musieliby zapłacić podatek dochodowy, zanim mogliby przekazać pieniądze dalej do banku.

Zanim jednak zabierzemy się do zmieniania prawa, trzeba sobie uświadomić sobie, że w epoce automatyzacji praca nie może dać ludziom wystarczających dochodów.

– Trzeba zacząć od tego, żeby opinia publiczna poznała ekonomię binarną Louisa Kelso, tak samo jak zna Keynesa, Friedmana czy Hayeka – mówi Robert Ashford, profesor prawa na Syracuse University College of Law, współautor podręcznika „Binary Economics”.