Przed głosowaniem nad ustawami ograniczającymi wydatki budżetowe w Grecji strajkowali wczoraj pracownicy sektora publicznego. Ateńskie metro jeździło z przerwami. Nie kursowały pociągi. Szpitale pracowały z ograniczoną liczbą personelu. To pierwszy strajk od dojścia w styczniu – pod hasłem zerwania z polityką oszczędności – do władzy lewicowej Syrizy.

Również w proteście przeciw cięciom do dymisji podała się wiceminister finansów Nandia Walawani. Powiedziała, że nie może popierać żądanego przez zagranicznych kredytodawców programu oszczędności. – Aleksis, nie mogę tego robić dalej – pisze w liście do szefa rządu.

Z dotychczasowych reform, od kilku lat wprowadzanych w Grecji, najprostsze miały być cięcia w budżetówce: zamrożenie pensji, obcinanie bonusów i dodatków socjalnych. Z punktu widzenia Greków później było tylko gorzej: ukoronowaniem był plan zwolnienia 150 tys. pracowników sektora publicznego. Oszczędności przyniosło to niezbyt wiele, za to stworzyło bojowe nastroje.

>>> Czytaj też: Dymek: Niemcy mają interes w upadku Grecji. To nie przesada [WIDEO]

W połowie 2010 r. na stole negocjacyjnym pojawiły się dwa kluczowe problemy: reforma systemu emerytalnego oraz podwyżki podatków. W gigantycznym, przerośniętym systemie świadczeń próg przejścia na emeryturę odgrywał rolę umowną: rzesza pracowników budżetówki i tak starała się o przejście na emeryturę przed 50. rokiem życia. Wyrównano co prawda próg dla kobiet i mężczyzn – 65 lat, przywrócono podatek dla tych, którzy pobierali wyjątkowo wysokie świadczenia, poobcinano dodatkowe wypłaty. Podjęto też próbę uszczelnienia systemu – grecki ZUS, czyli IKA, jak się okazało, wypłacał emerytury niefrasobliwie, m.in. martwym duszom, których było około półtora tysiąca.

Ale pakiety oszczędnościowe okazały się skuteczną zachętą do przechodzenia na wcześniejszą emeryturę (dziś korzysta z niej 2,65 mln Greków, 400 tys. ubiega się o ten status), a reformatorzy zostawili w systemie mnóstwo luk pozwalających na taką ucieczkę. Kompromis między Atenami a Brukselą sprzed kilku dni zmierza do likwidacji znacznej części tych luk, „penalizacji” przedwczesnych emerytów, podniesienia progu emerytalnego do 67 lat i połączenia miriady rozdrobnionych funduszy emerytalnych w większe struktury.

Greckie podatki są określane przez komentatorów jako stajnia Augiasza. W 2009 r. OECD szacowała, że czarny rynek jest tu wart 65 mld euro (25 proc. PKB), co skutkuje niezapłaconymi daninami rzędu 20 mld euro rocznie – kolejny grecki rekord w Europie. Niewystawiane paragony, wystające ze ścian pręty zbrojeniowe pozwalające uniknąć podatku od nieruchomości, ulgi dla oligarchów, wyłączenia spod podatku VAT – przykłady można mnożyć.

Jednak w tym obszarze Ateny wykonały gigantyczną pracę: już w 2010 r. podniesiono podatki, a kontrole inspektorów lokalnych urzędów skarbowych stały się znacznie sprawniejsze. Według szacunków MFW z 2014 r. wpływy z tytułu nowych – lub starych, tylko lepiej ściąganych – podatków wzrosły do poziomu 16,5 proc. PKB, dwukrotnie więcej niż w Portugalii czy Irlandii.

Sam fakt, że Bruksela ograniczyła się w tym zakresie tylko do żądania rozszerzenia listy produktów objętych VAT i drobnych korekt, upraszczających system, świadczy, że Grekom trudno coś tu zarzucić.

Od początku kryzysu na tapecie jest prywatyzacja – i planowana suma 50 mld euro, które w ciągu czterech lat kraj miał zyskać z tego tytułu. Cel okazał się nierealny: udało się uzyskać nieco ponad 7 mld euro, a największym transakcjom towarzyszyła aura skandalu. Rząd Syrizy na początku tego roku wstrzymał najważniejsze z zaplanowanych prywatyzacji.

O pyrrusowym zwycięstwie można za to mówić w przypadku rynku pracy. Według OECD grecki rynek pracy jest dziś bardziej elastyczny niż niemiecki, koszty pracy, a zarazem i ceny, znacznie spadły. Może dlatego Bruksela w swoich pouczeniach dla Aten domaga się mgliście „modernizacji” rynku i wprowadzenia „najlepszych praktyk międzynarodowych i europejskich”. Obecnie bezrobocie wśród młodych przekracza 50 proc., w skali całego społeczeństwa wciąż oscyluje wokół progu 25 proc.

>>> Czytaj też: Schaeuble: Grexit to wciąż najlepsze rozwiązanie dla Grecji

Do dziś jest kilka sfer, które doczekały się wyłącznie deklaratywnych reform. Eksperci wskazują w pierwszej kolejności na sądy: według Banku Światowego dziś potrzeba średnio 1580 dni na sądowe wyegzekwowanie umowy zawartej w Helladzie, mniej więcej tyle co w Czadzie czy Pakistanie.

Zarzuty braku reform można rozciągnąć na całą administrację państwową. Co więcej, negocjatorom nie podoba się utrwalona przez dekady struktura greckiego rynku – dominacja oligarchów i ustanowionych przez nich monopoli, w mediach, transporcie morskim, ale też np. na rynku farmaceutyków, produkcji mleka, a nawet piekarni. Stąd żądanie dostosowania handlu do rekomendacji OECD.