Ubiegły rok był drugim z rzędu, w którym rynek zmalał. Z tą jednak różnicą, że spadki… nabrały tempa. W 2014 r. liczba producentów zmniejszyła się bowiem o 1,6 tys., a powierzchnia upraw o nieco ponad 12 tys. ha.

– To konsekwencja zmian w unijnych dopłatach do rolnictwa ekologicznego. Według nowego PROW 2014–2020 nie wystarczy już, by gospodarstwo prowadziło uprawę ekologiczną. Musi być nastawione na ekoprodukcję, co wymaga większego zaangażowania oraz pieniędzy – komentuje Mieczysław Babalski, prezes Kujawsko-Pomorskiego Stowarzyszenia Producentów Ekologicznych EKOŁAN.

Poza tym takie gospodarstwa będą podlegały wnikliwszej niż dotąd kontroli przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Celem ma być wyeliminowanie z rynku tych, które zajmowały się ekologią wyłącznie dla osiągania korzyści z unijnych funduszy. Nie zależało im natomiast na rozwoju certyfikowanej żywności, zwiększeniu jej dostępności dla klientów. Z ubiegłorocznego raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że choć przez 10 lat na dopłaty do ekologicznych upraw sadowniczych i jagodowych wydano ponad 708 mln zł, produkcja owoców nie wzrosła. Wręcz przeciwnie: wydajność upraw spadła z 15 do 1 t owoców na hektar. Za to aż ośmiokrotnie wzrosła powierzchnia upraw – najczęściej nieowocujących, bo dopłaty przyznawano do plantacji bez wymogu uzyskania plonów.

– Coraz więcej rolników wycofuje się z działalności ekologicznej i przechodzi na konwencjonalne uprawy. Ostatecznie przetrwają tylko ci, którzy są faktycznie nią zainteresowani i chcą budować ten rynek w Polsce. To akurat uważam za dobre rozwiązanie – dodaje Mieczysław Babalski.

Zmiany w przyznawaniu dopłat są głównym, ale niejedynym powodem kurczenia się rynku – twierdzą eksperci. – Ciągle niewystarczająco rozwinięta jest dystrybucja ekologicznej żywności, zwłaszcza tej świeżej – tłumaczy Agnieszka Górnicka, prezes firmy badawczej Inquiry Market Research.

Od rolników wymaga się najczęściej, by na własną rękę dostarczali produkty do sklepów. Tymczasem wielu z nich nie może sobie na to pozwolić, co wynika nie tylko z braku chęci, ale i odpowiednich środków transportu, w których mięso, owoce czy warzywa mogłyby podróżować przez całą Polskę bez pogorszenia jakości.

Problemu eksperci upatrują też w skali produkcji. Często była ona zbyt mała, by sklepy były zainteresowane współpracą. Zwłaszcza że w ostatnich latach na rynku wykształciły się sieci z ekoproduktami. Przykładem jest Żółty Cesarz liczący siedem placówek czy Organic Farma Zdrowia mający ich już 36.

– Inna kwestią jest ograniczony wybór asortymentu. Polscy rolnicy nastawili się na produkcję ekologicznej marchewki, ziemniaków, buraków czy jabłek. Każdy nowy, kto wchodzi, nie szuka niszy, tylko powiela to, co robią już inni. Trudniej im w związku z tym pozyskać odbiorców, co może zniechęcać do trwania na tym rynku – komentuje Sławomir Chłoń, prezes zarządu Organic Farma Zdrowia.

Przybywa jednak powoli rolników, którzy mają świadomość, iż tylko skala działania zapewni im sukces. Efektem tego są postępujące procesy konsolidacyjne, co również przyczynia się do zmniejszania się liczby producentów. Dlatego najbliższe lata będą okresem porządkowania rynku. To zła wiadomość dla konsumentów, bo żywność ekologiczna, czyli pozbawiona pestycydów i szkodliwych substancji chemicznych, pozostanie w cenie. Nadal więc nie będzie dostępna dla każdego. – Konkurencja jest zbyt mała, by ceny mogły spaść. Choć w niektórych kategoriach różnice między produktami eko a wytworzonymi konwencjonalnymi metodami już się spłaszczyły. Przykładem są warzywa i owoce, gdzie oscylują już w okolicy 20 proc. – dodaje Sławomir Chłoń. Największe, sięgające 50–100 proc. różnice w cenie są natomiast widoczne w przypadku mięsa, wędlin, nabiału czy innych produktów przetworzonych.

Właśnie przetworzonych, ekologicznych produktów powstaje w Polsce najmniej. Przetwórców przybywa. Obecnie działa ich na naszym rynku ponad 560. To prawie dwa razy tyle co jeszcze w 2012 r. Nadal to jednak zbyt mało, by dostawy do sklepów były sukcesywne. – Bywają tygodniowe przerwy. Dlatego posiłkujemy się importem. Na Zachodzie rynek eko jest dużo bardziej rozwinięty. Bywa więc, że sprowadzenie przetworów owocowych czy warzywnych z zagranicy jest tańsze nawet o połowę niż pozyskanie ich od polskich certyfikowanych producentów – tłumaczy Sławomir Chłoń, którego sklepy oferują 4 tys. ekoproduktów, z których 60 proc. jest z Polski.

Dane IJHARS wskazują, że podmiotów, które stawiają na import, przybywa. W 2015 r. wprowadzaniem towarów ekologicznych, importowanych z państw trzecich zajmowały się 92 firmy. W 2014 r. było ich 68, w 2013 r. – 46, a w 2012 – 30.

Handlowcy przyznają, że korzystanie z różnych źródeł dostaw jest koniecznością. W Polsce z każdym rokiem rośnie popyt na zdrową żywność. Szacuje się, że w 2015 r. wydatki rodaków na ten cel sięgnęły już 800 mln zł. W ciągu dwóch lat, według prognoz ekspertów mają zwiększyć się do 1 mld zł. – Wzrosty byłyby jeszcze większe, gdyby dostawców było więcej. Konkurencja przełożyłaby się bowiem na ceny, a to umożliwiłoby rozwój ekosieci w mniejszych miastach.

Na razie bowiem rynek rozwija się głównie w dużych aglomeracjach.

>>> Czytaj też: Polskie elektrownie trują najbardziej w Unii Europejskiej. Jest raport organizacji pozarządowych