Redaktor holenderskiej edycji magazynu Amnesty International poprosił mnie, żebym zrobiła wywiad z jedną z nich. Robiły dużo zamieszania w Amsterdamie. Mocno naciskały także na tego redaktora w sprawie wywiadu – to skądinąd rozsądna taktyka, bo Amnesty International zajmuje się między innymi kwestią kary śmierci. Redaktor powiedział mi mniej więcej: „Pomóż, proszę, bo one mnie zamęczą”. Poszłam się zatem z nimi spotkać, zrobiłam wywiad i napisałam tekst, że kara śmierci jest niesprawiedliwa i że wielu skazanych zasługuje na powtórzenie procesu. Ale już kiedy rozmawiałam z tymi kobietami, czułam, że jest w tym coś więcej. Wystarczyło się rozejrzeć po mieszkaniu, w którym mnie przyjęto: było tam coś na kształt ołtarzyków poświęconych poszczególnym skazańcom – ich portrety na ścianach, palące się świece… A te kobiety miały elegancko zrobione paznokcie i piękny makijaż. I właściwie od razu wiedziałam, że one są po prostu zakochane w tych facetach z celi śmierci. Po publikacji artykułu starałam się utrzymywać kontakt z tymi kobietami, gadałam z nimi od czasu do czasu, dawałam im do zrozumienia, że mnie ciekawią. W końcu zaprosiły mnie na wspólną wyprawę do Teksasu, podczas której miały zamiar odwiedzić swoich mężczyzn. Dzięki temu, już w Stanach, poznałam kolejne „laleczki”.
Kiedy zaczynałam się zajmować tym tematem, byłam, powiedzmy, nieco uprzedzona. Myślałam, że to wariatki albo co najmniej patentowane idiotki. Ani jedno, ani drugie nie było prawdą – wiele z tych kobiet nie różniło się znacząco ode mnie samej, miały za sobą solidne kariery zawodowe, były niezależne i silne. Były też inteligentne – nawet jeśli nie zawsze świetnie wykształcone, choć często tak. Jeśli miałabym wskazać jakąś cechę, która je łączyła, byłby to chyba wiek: większość z nich była dobrze po czterdziestce. To mnie nie dziwi, bo kobietom w społeczeństwach Zachodu po przekroczeniu pewnego wieku znacznie trudniej jest rozpocząć nowy związek, przeżyć jakąś ekscytującą przygodę.
