Od słów do czynów: Piketty i co dalej? [RECENZJA]

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
24 listopada 2018, 09:50
Rafał Woś
Rafał Woś/DGP
Ponad 3 mln sprzedanych egzemplarzy robi wrażenie. Zwłaszcza jeśli rzecz dotyczy grubej książki pełnej ekonomicznych wykresów. Ale „Kapitał w XXI wieku” Thomasa Piketty’ego, po raz pierwszy opublikowany w 2013 r., miał niepodważalną zaletę, która otworzyła mu drogę na listę bestsellerów.

Czterdziestoparoletni profesor ekonomii z Paryża opowiedział tu coś, co inni tylko przeczuwali albo mieli na końcu języka, ale jakoś nie potrafili z siebie wykrztusić. A on potrafił.

Od tamtej pory zdarzyło się i wiele, i niewiele zarazem. Wiele, bo „” otworzył rozmowę o nierównościach. Wyciągnął ją z sal seminaryjnych oraz lewackich katakumb, przenosząc tam, gdzie gra muzyka: do Davos oraz do gabinetów prezesów wielkich instytucji finansowych. Ale nie tylko tam. zbłądził także pod strzechy. W tym sensie, że wielu normalsów mówi dziś Pikettym, nawet jeśli nie zawsze świadomie. Książka Francuza (a przy okazji on sam) była od tamtej pory nicowana na wszystkie sposoby. Szukano błędów, sprzeczności, nowych interpretacji. Czasem skutecznie. Czasem na próżno.

Jednocześnie jednak niewiele się zdarzyło. Politycznie Piketty poniósł porażkę. W jego rodzimej Francji lewica nie podjęła równościowej agendy. Przeciwnie: na gruzach potężnej niegdyś Partii Socjalistycznej wyrósł wykreowany przez bankierów Emmanuel Macron, w politycznej praktyce Piketty’emu wręcz przeczący. W innych krajach też o nierównościach więcej się mówi, niż robi, żeby je zniwelować.

Na tym tle warto dostrzec książkę „Co po Pikettym?”. To mocna naukowo -publicystyczna rzecz przygotowana przez duże nazwiska amerykańskiej ekonomii. Ważne, że nie tylko te „noblowskie”, co to już wszystko najciekawsze powiedziały i napisały dawno temu, choć są i one (Robert Solow, Paul Krugman). W tym tomie produkują się przede wszystkim ludzie będący u szczytu (albo jeszcze przed nim) swoich akademickich dokonań.

Jest zawsze gotów do ostrej bitki profesor Brad DeLong z Uniwersytetu w Berkeley. Jest Marshall Steinbaum z Instytutu Roosevelta. A także niezwykle ciekawy Suresh Naidu (obserwujcie uważnie to nazwisko, bo będzie o nim głośno) czy Serb Branko Milanović oraz Francuz Emmanuel Saez: obaj badający nierówności od lat na własnych prawach. Może nawet lepiej od Piketty’ego.

Takie publikacje dają nadzieję, że coś tu się jednak wykluje. A ekonomiczna analiza nierówności nie będzie tylko modną sensacją. Nie chodzi rzecz jasna o to, by kręcić się w kółko, odklepując stare zaklęcia i formułki. Gra idzie o to, by w temacie niszczących demokrację i gospodarkę nierówności przejść wreszcie od słów do czynów. Najwyższy już czas.

>>> Czytaj też: Banki są zbyt ważne, żeby upaść. To doskonały system

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj