Badając zdolność kredytową i analizując ryzyko kredytowe, banki sprawdzają dane historyczne i na ich podstawie próbują przewiedzieć, jak może zachować się klient. Najważniejsze jest oczywiście to, jak dotychczas spłacał swoje zobowiązania, ile zarabia, jakie ma wydatki. Banki chętnie jednak sięgają głębiej i biorą pod uwagę np. historię transakcji dokonywanych kartą kredytową. Wszystko to pozwala na profilowanie klienta i wydanie ostatecznej oceny, czy kredyt w ogóle zostanie przyznany, a jeśli tak, to na jakich warunkach. Oczywiście danych tych nie analizuje człowiek, tylko algorytm, czyli mówiąc językiem RODO, mamy do czynienia z zautomatyzowanym przetwarzaniem.

Na temat tego, jakie czynniki mogą wpływać na ocenę zdolności kredytowej, narosły legendy. Jak można się było dowiedzieć podczas debaty zorganizowanej przez DGP, co najmniej dwa polskie banki biorą pod uwagę zakupy w sklepach monopolowych, zwłaszcza robione w niedzielne poranki (co może wskazywać na alkoholizm). Na podstawie historii zakupów bank jest w stanie przewidzieć też to, że klient może się rozwieść (małżeństwa sumienniej spłacają kredyty). Jak to możliwe? Chociażby dzięki informacjom, że wynajmuje pokoje w hotelu na jedną noc czy wysyła kwiaty pod inne adresy niż domowe (jeśli płaci za to kartą).

Czy polskie banki analizują takie informacje? Nie wiadomo. W głośnej książce Cathy O’Neil „Broń matematycznej zagłady” wskazano natomiast udokumentowane przykłady z USA. Firma American Express przyznała w 2009 r., że obniżyła limity na kartach kredytowych osobom kupującym w konkretnych sklepach. Model statystyczny wskazywał bowiem, że częściej zalegają z płatnościami (po protestach konsumentów wycofano się z tej decyzji). Inna firma pożyczkowa nie kryła natomiast, że bierze pod uwagę, czy wniosek kredytowy został napisany poprawnie pod względem ortograficznym i gramatycznym. Oczywiście może to jakoś świadczyć o wnioskodawcy, co jednak z osobami cierpiącymi np. na dysortografię?

Prawo do informacji

Czy modele stosowane przez banki mogą prowadzić do błędnych decyzji w sprawie kredytów? Tak. Potwierdziły to badania w Niemczech w ramach kampanii OpenSCHUFA, podczas których ponad 20 tys. wolontariuszy udostępniło do analizy swe dane finansowe. Dane amerykańskiej Federalnej Komisji Handlu z 2013 r. wskazywały na błędy w informacjach o 5 proc. kredytobiorców, czyli ok. 10 mln osób. W tej sytuacji wyjątkowo ważne wydaje się, by klienci mogli poznać powody, dla których bank ocenił ich tak, a nie inaczej.

Przywilej ten mają im zapewnić zmiany w ustawie – Prawo bankowe (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 2187 ze zm.), które wprowadzi ustawa wdrażająca RODO. Problem w tym, że będzie on dotyczył jedynie sytuacji, gdy decyzja jest podejmowana w pełni automatycznie. Jeśli zaś w jakikolwiek sposób weźmie w niej udział człowiek, to klient nie dowie się niczego (chyba że bank sam z siebie zdecyduje się uchylić rąbka tajemnicy).

– Każdy większy kredyt jest udzielany przy udziale człowieka, np. analityka bankowego, ale w praktyce coraz częściej decyduje algorytm. Klient nie ma żadnej możliwości sprawdzenia, czy człowiek, który go obsługuje, podąża tylko za podpowiedziami z systemu, czy podejmuje własne decyzje – zwraca uwagę Katarzyna Szymielewicz z Fundacji Panoptykon. Podczas wczorajszego posiedzenia podkomisji pracującej nad projektem ustawy wdrażającej RODO proponowała ona wprowadzenie poprawki, która dawałaby możliwość domagania się wyjaśnień nie tylko przy decyzjach podejmowanych w sposób automatyczny.

Potrzebę taką dostrzegają też niektórzy posłowie.

– Co ma zrobić osoba, która otrzyma suchą informację, że nie dostanie kredytu? Wyjaśnienie decyzji podjętej nie tylko przez automat, ale i człowieka powinno być obowiązkiem banku – przekonywał Mirosław Suchoń z Nowoczesnej.

– Jako klient dzisiaj nie wiem, dlaczego bank odmówił mi kredytu. Konsumentom należy się ochrona i prawo do poznania konkretnych przyczyn odmowy – dodał poseł Tomasz Szymański (klub PO-KO).

Co ciekawe, rządowa propozycja stawia konsumentów w gorszej sytuacji niż przedsiębiorców. Ci ostatni już od kilku lat mają prawo domagać się wyjaśnień dotyczących oceny zdolności kredytowej na podstawie art. 70 ust. 5 prawa bankowego.

Banki nie widzą przeszkód, by nowe przepisy zrównały osoby fizyczne z przedsiębiorcami.

– Nie sprzeciwiamy się rozszerzeniu art. 70 ust. 5 prawa bankowego na konsumentów. Banki są przygotowane do udzielania wyjaśnień dokonanej przez siebie oceny zdolności kredytowej, mają wdrożone odpowiednie procedury. Nie mówimy tu jednak o rozbudowanych informacjach wynikających z RODO, tylko wyjaśnieniach, o których mówi wskazany przepis prawa bankowego – podkreśla Tadeusz Białek, dyrektor zespołu prawno-legislacyjnego Związku Banków Polskich. Jego zdaniem art. 22 RODO wyłącza obowiązek udzielania wyjaśnień w sytuacji, gdy przepisy krajowe umożliwiają wprost profilowanie.

Odmówią kredytu?

Z przebiegu wczorajszego posiedzenia podkomisji wynika, że zarówno banki, jak i działacze społeczni widzą możliwość kompromisu. Nie dostrzega jej natomiast strona rządowa. Jej zdaniem kompromisowym rozwiązaniem jest to zaproponowane w projekcie. Wiąże się ono z kolejną kwestią, która budzi poważne kontrowersje, a mianowicie zamkniętym katalogiem danych, które będą mogły przetwarzać banki na potrzeby badania zdolności kredytowej (patrz: ramka).

– To aberracja w czystej postaci, niespotykana w żadnym ustawodawstwie na świecie i niewymagana przez RODO. Banki będą musiały niejednokrotnie odmawiać udzielenia kredytu, bo nie będą mogły rzetelnie sprawdzić wiarygodności klienta. Przypominam, że taka weryfikacja to nie jest widzimisię banku, ale jego obowiązek – ocenia Tadeusz Białek. Podaje przykład realnej sytuacji, która może mieć miejsce po wejściu w życie nowych przepisów.

– Klient wnioskuje o kredyt na leczenie. Aby go udzielić, bank powinien mieć dostęp do informacji o jego stanie zdrowia. Informacji takich nie ma w katalogu danych wskazanych w ustawie. Efekt? Najprawdopodobniej bank będzie musiał odmówić przyznania kredytu – tłumaczy.

Zagrożenia te dostrzega również Agnieszka Marzec z Biura Informacji Kredytowej. Podczas wczorajszego posiedzenia podkomisji przekonywała, że zamknięty katalog danych oznacza całkowitą destrukcję modeli scoringowych. Nie wskazuje on np. możliwość brania pod uwagę liczby wniosków kredytowych składanych przez wnioskodawcę, co może być istotnym elementem przy ocenie.

– Budowanie modeli wymaga badania korelacji pomiędzy różnymi czynnikami, których my dzisiaj nie jesteśmy w stanie przewidzieć – dodał dr Arwid Mednis, reprezentujący ZBP.

Co ciekawe, strona społeczna także nie widzi sensu wprowadzania zamkniętego katalogu danych możliwych do wykorzystania przy analizie zdolności kredytowej.

– Naszym zdaniem lepsze efekty dałoby ścisłe określenie źródeł, z których banki mogą czerpać informacje – argumentuje Katarzyna Szymielewicz.

Posłowie zapowiedzieli powrót do dyskusji i zgłoszenie poprawek. Przewodniczący podkomisji Edward Siarka (PiS) zwrócił się do strony rządowej o przeanalizowanie możliwości znalezienia kompromisowych rozwiązań.

>>> Czytaj też: Konsument nie zawsze się dowie, dlaczego nie dostał kredytu