To był happening Młodzieży Wszechpolskiej sprzed dwóch lat i nie ma co go rozważać w obecnym kontekście.
W kontekście tej śmierci przemyślenia wymaga, czy forma happeningu była roztropna. Myślę, że wszyscy jesteśmy wstrząśnięci tą śmiercią. To wpłynie na wybór pomysłów na akcje krytyczne wobec oponentów politycznych.
W kodeksie karnym już są przepisy zakazujące nawoływania do nienawiści. Jestem przeciwnikiem ich rozszerzania. Problemów z kulturą polityczną nie da się wyeliminować budową państwa policyjnego. To je tylko pogłębi. Konserwatyści widzą rozwiązanie w lepszym wychowaniu, oddolnym budowaniu lepszych obyczajów i marginalizowaniu tych złych.
Przeciętny wyborca nie pamięta posła Andruszkiewicza jako działacza organizacji narodowych, tylko jako sprzyjającego PiS polityka z TVP Info. Ta nominacja nie poszerza obozu PiS o skrzydło narodowe, a jedynie o kolejną osobę, która artykułowała już wcześniej przekaz PiS.
W sytuacji sondażowej dominacji PiS i daleko idącego unarodowienia retoryki tej partii trudno odpowiedzieć na to pytanie. Obecny przekaz PiS silnie zbliżył się do przekazu dawnej LPR. Nie jest już ani prounijny, ani umiarkowany. To być może najciekawsze pytanie socjologiczne w naszym kraju: jaki jest rzeczywiście potencjał formacji narodowej, gdyby scena polityczna zaczęła się przekształcać i prysnąłby sztucznie wykreowany narodowo-konserwatywny wizerunek PiS.
PiS jest partią etatystycznej centrolewicy, łączącej zachowawczość z radykalizmem i chadeckość z socjalizmem. PiS realizuje politykę prounijną i socjaldemokratyczną, operując zarazem patriotyczną i niepodległościową frazeologią. Pamiętajmy też, że to PiS poparł wzmacniający Brukselę traktat lizboński. Nawet teraz najważniejsi politycy tej partii, jak Mateusz Morawiecki, nie wykluczają przystąpienia Polski do strefy euro.
To nie tak. Polityka demokratyczna dlatego jest ciekawa, że jest nieprzewidywalna. Jest tu duży element ludzkich emocji i – nie ma co ukrywać – chaosu. Udawać kogoś innego, niż się jest, można tylko do czasu. Pewna część wyborców dostrzegła już rzeczywisty charakter rządów PiS. Nie mają one wiele wspólnego z ideami łączonymi tradycyjnie z prawicą, takimi jak wolność, konserwatyzm czy katolicyzm. Niestety silna polaryzacja debaty nie ułatwia refleksji nad tymi sprawami.
Poniekąd tak jest. Przy czym nie my jako narodowcy, ale szerzej obóz prawdziwie ideowej prawicy, konserwatywno-narodowo-wolnościowej. Nie ma ani jednego wpływowego medium w Polsce, ani katolickiego, ani rządowego, ani prywatnego, które by wspierało ludzi o takich poglądach, jak my.
To jest wyłącznie zarzut ze strony mediów. Normalni ludzie nie mają do nas tego typu zastrzeżeń. Nie zajmujemy się przecież takimi sprawami, bo nie są one w tej chwili istotne dla wyborców. Istotny temat w kampanii do Parlamentu Europejskiego to niepodległość naszego państwa w UE.
Przede wszystkim na zmęczenie hipokryzją prawicy. Pogląd o tzw. wojnie polsko-polskiej jest sposobem utrwalania przez media duopolu PiS i PO, czyli polaryzowania społeczeństwa. Nie rozumiem, dlaczego dziennikarze nieustannie chcą wszystkich wciągać w spór PiS-PO i bez końca o tym mówić. To nudne. Może dlatego, że upraszcza to debatę publiczną? Łatwiej jest stymulować emocje społeczne i przyciągać reklamodawców, kiedy debata jest skrajnie uproszczona.
W demokracji to się zdarza. Moim zdaniem poważna walka trwa o to, czy nasz naród przetrwa i czy przetrwa jako naród chrześcijański. A nie o to, kto na kogo zagłosuje. To są sprawy tak naprawdę mało istotne z perspektywy prawdziwych wyzwań naszego życia zbiorowego.
Ruch Narodowy ogłosił taki postulat na swoim kongresie w zeszłym roku. Inne siły, z którymi będziemy startować w koalicji do europarlamentu, niekoniecznie. Uważamy, że trzeba stworzyć szeroką listę, grupującą wszystkie gatunki eurosceptyków. Od tych, którzy chcą wyjścia, po takich, którzy uważają, że to nierealne i że trzeba odgrywać rolę opozycji wewnętrznej. To są różne stanowiska taktyczne, ale wszyscy wiedzą, że Bruksela jest w obecnej formie patologią na ciele europejskiej współpracy międzynarodowej.
Jeśli europarlament ma być forum dyskusji, a Polska ma być w UE, to nie ma powodu, aby w PE jakikolwiek punkt widzenia z Polski był wycofany czy nieobecny.
Nie. I nie jest prawdą, że wyniki badań są pod każdym względem rekordowo prounijne. Eurosceptycyzm był w Polsce zagadnieniem do tej pory nieprzebadanym. Dokładniejsze analizy zamówił dopiero ostatnio europoseł Dobromir Sośnierz. I tam wyszło, że – w zależności od pytania – odsetek eurosceptyków w Polsce waha się między 5 a 30 proc. To znaczy, że akceptacja dla obecności w Unii nie jest bezwarunkowa. Były pytania, czy poparłbyś polexit, gdyby na Polskę nałożono sankcje. Okazuje się, że 19 proc. Polaków powiedziało „tak”. Ponad 30 proc. Polaków byłoby gotowych poprzeć pol exit, gdyby się okazało, że członkostwo w UE nam się po prostu nie opłaca. Czyli że więcej do Unii wpłacamy, niż od niej dostajemy. To pokazuje, że euroentuzjazm ma podłoże nie ideowe, nie cywilizacyjne, jak się wydaje postępowym liberałom i lewicowcom, a przede wszystkim transakcyjne. Tymczasem Bruksela wypowiedziała nam wojenkę. Chłoszcze Polaków nieustanną krytyką za to, że są zbyt patriotyczni. Jesteśmy nieustannie krytykowani przez zachodnioeuropejskie elity i media, które uważają, że mają mandat na uczenie nas, jak mamy żyć, bo wiedzą to lepiej.
To nie jest kilku polityków, ale cała zachodnioeuropejska klasa medialno-polityczna, z pominięciem sił narodowych. To jest i tzw. prawica, której nie uważam już za żadną prawicę, i liberałowie, i lewica.
To rząd miał jakąś politykę migracyjną?
Nie chcemy masowej imigracji i nie chcemy imigracjonizmu jako głównej doktryny polityki społecznej i gospodarczej państwa. Podoba nam się sprawdzony model – Polska zamieszkana przez Polaków.
Podoba się panom perspektywa przekształcenia Polski w państwo wielonarodowe i wielokulturowe, wielocywilizacyjne? Jeżeli ktoś ma ekonomocentryczny światopogląd i uważa, że naczelnym celem życia człowieka jest maksymalizowanie wzrostu gospodarczego, że kwestie narodowe, kulturowe, cywilizacyjne czy religijne nie mają znaczenia, to jest to oczywiście konsekwentny punkt widzenia. Mateusz Morawiecki jako człowiek wywodzący się z banków i trenowany przez większą część życia do maksymalizowania efektów sprzedażowych i analizowania bilansów lub jakichś innych rozliczeń w Excelu, były doradca Donalda Tuska, jest tutaj wysoce konsekwentny. Jeżeli przyjąć jako wyłączny wyznacznik polityki państwa wzrost gospodarczy, to oczywiście należy popierać globalizację, maksymalizowanie ruchów migracyjnych, zrównywanie płac w Europie z Azją, przenoszenie przemysłu po świecie zależnie od różnych czynników. Ja nie mam światopoglądu, w którym na pierwszym miejscu jest wzrost gospodarczy. Uważam, że to tylko jedna z wielu rzeczy potrzebnych do życia.
Ludzie mają też problem ze znalezieniem godnej pracy, stabilnością środowiska społeczno-gospodarczego, w którym mają sobie zorganizować normalne życie.
Powinniśmy przede wszystkim wyhamować masowy napływ imigracji do Polski.
Polityka rządu jest taka, jak powiedział wiceminister Paweł Chorąży – wyczerpują się źródła imigracji z Ukrainy czy Białorusi i trzeba poszukać innych. Stąd rozwój agencji sprowadzających np. Filipińczyków czy rozmowy na szczeblu rządowym, państwami muzułmańskimi, jak Bangladesz czy Uzbekistan. Moim zdaniem rząd będzie wspierał masową imigrację zarobkową spoza Europy, ponieważ jest dogadany z dużym biznesem.
Po pierwsze, musimy odrzucić masową imigrację jako sposób rozwiązywania własnych problemów społecznych czy gospodarczych.
Oczywiście. W niektórych miastach pracownicy ci stają się już bardzo widoczną mniejszością, a w niektórych firmach – większością. W związku z tym imigracja powinna być wyhamowana. Musimy nauczyć się sami rozwiązywać swoje problemy, rozwijać się w swoim tempie. Moim zdaniem media odgrywają tu szkodliwą rolę. Wydaje mi się, że większość redaktorów patrzy z czysto gospodarczego punktu widzenia, pomijając kulturowy. A więc: wyhamowanie tempa napływu i kontrola sytuacji. Nasze państwo abdykowało z roli kontrolera własnego terytorium.
Przeciwnie. Jeżeli ten temat nie będzie dyskutowany w parlamencie, co jest blokowane przez PiS, ludzie będą wyrażali swoje emocje w sposób niecywilizowany. Musimy przenieść dyskusję na ten temat na poziom polityczny. Na poziom kulturalnej i normalnej debaty medialnej, gdzie wszystkie argumenty i punkty widzenia są brane pod uwagę, a nie stygmatyzowane jako rasizm.
To hasło antykomunistów starszego pokolenia. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek, kto wykrzykuje to hasło, rozumiał je w ten sposób, że należy kogoś bić. Sam wolę hasła, które postulują to, co chcemy osiągnąć, jak „Wielka Polska katolicka” albo „Nie tęczowa, nie laicka, tylko Polska katolicka”. Mają one w sobie postulat ideowy. Uważam, że są lepsze. Zachęcam do ich skandowania.
Rolę równoprawnych obywateli.
Dlaczego nie? Katolicyzm jest najbardziej tolerancyjną religią na świecie. Wytworzył najbardziej pokojową cywilizację opartą na miłości bliźniego.
Tu nie chodzi o pojedyncze, szczegółowe rozwiązania. Chodzi o konsensus, na jakim fundamencie etycznym budujemy porządek prawny i kulturowy. Albo są to wartości chrześcijańskie, albo tzw. wartości liberalne, czyli w istocie zaprzeczenie chrześcijaństwa pod pretekstem radykalnego relatywizmu. Jestem przeciwnikiem tego, co papież Benedykt XVI nazwał „dyktaturą relatywizmu”. Czyli radykalnego liberalizmu, w którym próbuje się teoretycznie forsować równoprawność każdego punktu widzenia. To nie jest możliwe. Prawo jest systemem norm wynikających z jakiejś etyki, którą przyjmujemy jako wspólnota. Albo przyjmujemy moralność chrześcijańską, albo jakieś progresywne ideologie. Trzeba się zdecydować. Ja uważam, że ta decyzja powinna być jasna. W Polsce powinniśmy budować prawo oparte na chrześcijańskiej moralności.
Oczywiście. Popatrzmy, jak jest zorganizowany rynek pracy. Wszyscy wiedzą, że znaczna część ludzi jest zatrudniana na czarno, są różne kombinacje i nikt z tym nic nie robi. Co to ma wspólnego z chrześcijaństwem, jeżeli wszyscy wiemy, że miliony obywateli są wpychane w sytuację życia w kłamstwie, nieuczciwości, ograniczenia praw tylko dlatego, że przepisy są tak skonstruowane, że faworyzują jedne formy zatrudnienia, a dyskryminują inne? Dlaczego zgadzamy się, żeby zagraniczny kapitał stosował cenzurę sprzeczną z naszym prawem i chrześcijańskim systemem wartości, jak to robi np. Facebook? Co to ma wspólnego z naszą kulturą i prawem? Mamy zapisane w konstytucji prawo rozpowszechniania informacji, a Facebook cenzuruje grafiki oparte na chrześcijańskim systemie wartości, a promuje oparte na antychrześcijańskim. Albo weźmy sposób podejścia do kryzysu demograficznego: zakładanie, że rozwiąże się on poprzez imigrację i bonusy finansowe za posiadanie dzieci to zupełne niezrozumienie problemu. To jest kryzys w dużej mierze kulturowy. Jako społeczeństwo zaczęliśmy przekształcać się w stronę kulturową społeczeństwa zachodniego, gdzie zmienia się dominujący model dobrego życia, czyli mniej zobowiązań, mniej wysiłku, a więcej konsumpcji, indywidualizmu i egoizmu. Gdzie jest publiczna dyskusja na ten temat w naszym nominalnie chrześcijańskim państwie? Może w mediach publicznych? W prywatnych? Nie ma. A może w Kościele? Też za bardzo nie ma. Tak naprawdę tu trzeba wszystko zmienić.
Tak, absolutnie.
Przede wszystkim my, jako katolicy świeccy, powinniśmy być dużo bardziej aktywni, przebojowi, dużo więcej proponować. Mam wrażenie, że mamy politykę złożoną w dużej mierze z ludzi, którzy są katolikami, a wstydzą się mówić o swoich wartościach. Próbują na siłę stosować jakieś lewicowe strategie, na przykład ustawiają się w roli ofiar i próbują udowadniać, że ktoś ich dyskryminuje. To jest dla mnie jakaś komedia.
>>> Czytaj też: Zabójstwo Pawła Adamowicza wstrząsnęło politykami
