Bruksela jest „metaforą wszystkiego, co w mieście może pójść nie tak” – napisał dwie dekady temu słynny historyk w eseju „Czy istnieje Belgia?”. Autor skarżył się na „” dzielnicy, w której mieszczą się wszystkie unijne instytucje. Nazwał ją odseparowanym od reszty miasta, brzydkim, biurokratycznym gettem ze szkła i betonu. Od czasu, gdy Judt opublikował swój esej, europejski kwartał jeszcze bardziej się rozrósł. Do „starej 15” przystąpiło kolejnych 13 krajów członkowskich, więc siłą rzeczy w Brukseli musiało przybyć urzędników i biurowców. Ale jedno się nie zmieniło – biurokratyczny klimat europejskiej dzielnicy.
Wielu zwraca uwagę zwłaszcza na brak , który ściągałby turystów z całego świata, chcących zrobić sobie pamiątkowe . „Niech podniesie rękę ten, kto jest w stanie skojarzyć, jak wygląda jakikolwiek . Jeśli masz tak, jak większość ludzi, to najprawdopodobniej wyobrażasz sobie dziwne pudełkowate kształty zrobione ze szkła i przystrojone flagami” – pisał dla brytyjskiego dziennika „The Guardian” historyk architektury Laurent Vermeersch. Nie trzeba dodawać, że żaden z budynków UE pod względem rozpoznawalności nie dorównuje siedzibie Kongresu w Waszyngtonie czy Reichstagu w Berlinie, architektonicznym ikonom zachodniej demokracji. Nawet sejm w Warszawie czy Pałac Parlamentu w Bukareszcie potrafią głębiej zapaść w pamięć.
>>> Treść artykułu dostępna w weekendowym wydaniu Magazynu DGP
