Kosikowski: Po wyborach ruszy lawina zamykania zadłużonych szpitali [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
21 lipca 2019, 15:53
Szpital
Szpital/ShutterStock
Przed wyborami nie zostanie zamknięty żaden, choćby najbardziej zadłużony szpital. Ale po nich ruszy lawina - mówi Jakub Kosikowski, rezydent onkologii klinicznej, były rzecznik prasowy i przewodniczący Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.

4271389-u7441a-kosikowski-fot-20mat-20prasowe-p.jpg
Jakub Kosikowski

Po pierwsze nie służby zdrowia. Bo czasy „służby” dawno minęły. Wszyscy pracujemy w ochronie zdrowia.

Ochroną zdrowia Polaków – tylko, niestety, równie ciężko, jak z chorobami pacjentów, musimy walczyć z chorobami systemu. Jakieś osiem lat temu zaczęto przepowiadać, że system jest u kresu wydolności i że grozi mu załamanie. Dziś na żywo obserwujemy, jak się powoli wali. Nie ma przecież miesiąca, by w jakimś szpitalu w kraju nie zamykano oddziału. Nikt nie jest w stanie nad tym zapanować, bo wystarczy, że jedna osoba pójdzie na urlop, a już nie ma jak spiąć obsady. Są oddziały, to żadna tajemnica, gdzie za cały zespół lekarski robi jedna osoba. Jedna! Na oddziale jest tylko kierownik, a reszta to dyżurni „najemnicy”. Jeśli on pójdzie na urlop, zachoruje albo, nie daj Boże, umrze, oddział trzeba zawiesić lub zamknąć. Są szpitale, w których zatrudnionych jest tylko dwóch anestezjologów, co oznacza, że – teoretycznie – nie powinni oni wychodzić z pracy, bo co najmniej dwóch musi być non stop na dyżurze. Takie placówki ratują się najemnikami z innych szpitali. A co pani powie na taki punkt POZ (podstawowej opieki zdrowotnej), gdzie lekarz bywa dwa razy w tygodniu, przez kilka godzin? Są takie. To, co widzimy, to coraz szybsza agonia tego systemu.

Część się wypisuje do domów, a część przenosi do innej placówki. Czasem lekarze, którzy się ostali, przenoszą się razem z chorymi, wzmacniając sytuację kadrową sąsiadów. Niektórzy pracują naprawdę ponad siły, jeden ze znanych mi specjalistów bierze po 16 dyżurów w miesiącu. Bez tego nie da rady spiąć grafiku. Albo taka sytuacja – lekarz rezydent dyżuruje na trzech albo czterech oddziałach jednocześnie. Co będzie, jeśli w tym samym czasie coś się wydarzy na dwóch?

Nie chcą. Bo dlaczego mają tak żyć? Kiedyś było normą, że lekarz, przyjmując się do pracy, podpisywał zgodę na pracę przez 78 godzin tygodniowo (klauzula opt-out), choć powinien pracować 48 godzin. To było dobrze widziane, więc się nie dyskutowało, tylko podpisywało. Kiedy na oddziałach szpitalnych wskutek protestu na przełomie 2017 r. i 2018 r. doszło do sytuacji, że zespoły lekarskie wypowiedziały klauzule opt-out, zapanował popłoch. Znam miejsca, gdzie dyrekcja naciskała na kierowników, że albo zrobią z tym porządek, albo zostaną zwolnieni. I padały propozycje nie do odrzucenia: kto z powrotem nie podpisze, ten już nigdy nie zobaczy stołu operacyjnego. Wielu lekarzy podpisało, bo od tego zależała ich przyszłość. Inni nie chcieli wojny z dyrekcją.

>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj