Sobota, 17 sierpnia, kilka minut przez południem. Radomsko, 40-tysięczne miasto na południowych obrzeżach województwa łódzkiego, szykuje się do pierwszego Marszu Równości. Na ulicach setki policjantów ściągniętych z innych miejscowości. W Parku Solidarności zbierają się uczestnicy marszu. Miejscowi i przyjezdni, w różnym wieku, choć z przewagą młodszych.

Ściągnął ich Ksawery Olczyk, tegoroczny maturzysta. Dwa tygodnie wcześniej zgłosił w urzędzie miasta chęć zorganizowania manifestacji, skontaktował się z aktywistami z Częstochowy i Warszawy, którzy podzielili się z nim doświadczeniami w organizacji takich imprez, a potem we współpracy z policją ustalił miejsce startu marszu i zasady bezpieczeństwa.

Ledwie o zamiarze organizacji marszu poinformowały lokalne media, a przeciwnicy rzucili się szukać osób/organizacji, które za Olczykiem stoją. Polowanie było – jak to w takich sytuacjach – nasączone obelgami i hejtem, wszystko oczywiście opakowane w troskę o „dzieci” i „wartości”. Mimo że siły były znaczne i aktywne, mocodawców Ksawerego nie udaje się znaleźć do dziś.

Według policji w marszu uczestniczy ok. 300 osób. Idą głównymi ulicami, z głośników leci muzyka, ludzie tańczą, machają tęczowymi flagami, skandując przewodnie hasło imprezy: „Wolność! Równość! Akceptacja!”. Żadnych kontrowersyjnych zachowań, transparentów czy strojów. A właśnie tym w ulotkach straszyli mieszkańców przeciwnicy marszu: dewiantami na ulicach, mężczyznami przebranymi za psy, bezczeszczeniem symboli religijnych. Jeszcze przed rozpoczęciem imprezy dwie dziewczyny ze służby porządkowej marszu podchodzą do starszego mężczyzny, którzy trzyma transparent „Zdelegalizować Kościół katolicki, zorganizowaną grupę przestępczą”. Mężczyzna nie chce ustąpić, ale ulega po kilkuminutowej dyskusji. Transparent ląduje zamknięty w samochodzie.

Wzdłuż całej trasy gapie, którzy nagrywają, obserwują, lecz zwykle nie reagują. Jedynie na ostatnim odcinku robi się gorąco. Kilka osób gwiżdże, 30-osobowa grupa młodych mężczyzn krzyczy „W…ć” i „Pedały, policja, jedna koalicja”. Kilku próbuje przerwać policyjny kordon, ale im się nie udaje.

Marsz dochodzi na miejsce startu, tam zostaje zakończony. Przed marszem, w trakcie i po marszu policja wystawia w sumie 30 mandatów. Żadnego – jego uczestnikom. Miejscowi się cieszą: nie jesteśmy Białymstokiem.

Ogólnopolskie media relacjonują imprezę w tonie zwyczajowo sensacyjnym, podkreślając wielkość miasta, rozróby i interwencje policji. Niektóre dodają, że prezydent Radomska Jarosław Ferenc nie zakazał marszu, i podkreślają, że w 2016 r. w przedterminowych wyborach wygrał z „Wujkiem Dudy” z Prawa i Sprawiedliwości, co miałoby świadczyć o jego antypisowskim nastawieniu. Dodają też, że proboszcz parafii, przed którą miała się rozpocząć kontrmanifestacja środowisk narodowych, odciął się od organizatorów.

I tyle. W kilka dni radomszczański marsz znika z horyzontu publicznej debaty. A szkoda. Bo gdy pochylić się nad nim i nad miastem, można zobaczyć procesy zachodzące w lokalnych społecznościach i ich potencjalnie wielkie polityczne konsekwencje.

Nad postrzeganiem Polski powiatowej ciążą trzy wielkomiejskie mity. Powtarzane do znudzenia dla wielu stały się prawdą. Pierwszy: prowincja jest konserwatywna; drugi: tam rządzi PiS; trzeci: prowincja jest nie do odzyskania. Jak to z mitami bywa, mają osadzenie w rzeczywistości, ale jej nie opisują. Bo elektorat liberalny w miastach powiatowych jest duży, ale niezagospodarowany. PiS co prawda wygrywa, ale to nie oznacza, że rządzi i nie ma żadnych dowodów na to, że taki stan zostanie utrzymany. ©℗

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP