Dziennik przypomina, że w czwartek prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan oświadczył, iż poprosi parlament w Ankarze o zgodę na wysłanie tureckich wojsk do obrony Trypolisu, obleganego od kwietnia przez wojska generała Chalify Haftara.

Działania Turcji to - jak ocenia "WP" - "odpowiedź na obecność ponad 1000 rosyjskich najemników" w oddziałach oblegających Trypolis, co "po raz pierwszy od miesięcy spowodowało zmianę sytuacji na froncie".

W libijskim konflikcie Haftara wspierają m.in. Egipt, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Francja oraz Jordania. Za rządem w Trypolisie opowiada się Turcja oraz Katar.

"Obie strony są obecnie wyposażone we floty dronów, które powodują znaczne ofiary wśród cywilów. Eskalacja walk może wywołać nową falę uchodźców do Europy" i doprowadzić do tego, że terenach tych kontrolę zyska "filia Państwa Islamskiego (IS) w Libii" - ostrzega dziennik.

Reklama

Wszystko to - uważa gazeta - dzieje się, gdyż Stanom Zjednoczonym nie udało się "zyskać wpływu na bojowników i ich zewnętrznych sojuszników". Zamiast tego administracja prezydenta USA Donalda Trumpa "wysyłała mieszane sygnały". Oficjalnie wspierała rząd w Trypolisie, ale w kwietniu przywódca Stanów Zjednoczonych rozmawiał telefonicznie z Haftarem i "zasygnalizował wsparcie dla jego sprawy".

"Niedawno (amerykańska) administracja sprzeciwiła się rosyjskiej interwencji i próbowała przekonać Haftara i rząd (prezydenta Rosji) Władimira Putina do zgody na wynegocjowane porozumienie" - odnotowuje "WP".

W czwartek Trump omawiał kwestię Libii z prezydentem Egiptu Abd el-Fatahem es-Sisim, jednym z najważniejszych sojuszników Haftara. Oświadczenie Białego Domu głosi, że obie strony "odrzucają zagraniczny wyzysk" Libii oraz "zgadzają się, że strony muszą podjąć natychmiastowe działania, by rozwiązać konflikt, zanim Libijczycy stracą kontrolę na rzecz zagranicznych podmiotów".

Nie ma wątpliwości, że "zagranicznym podmiotem", któremu sprzeciwia się Egipt, jest Turcja - zauważa "WP". W ocenie Kairu rząd Erdogana wspiera islamistów, podczas gdy Haftar - na wzór Sisiego - "aspiruje do roli świeckiego dyktatora".

Chaos w Libii rozpoczął się w 2011 roku - przypomina dziennik. Stany Zjednoczone z europejskimi sojusznikami pomogły wtedy obalić dyktaturę Muammara Kadafiego, ale potem "nie wykonały poważnego wysiłku, by ustabilizować państwo".

W ocenie dziennika Rosja "odegrała szczególnie złośliwą rolę". Putin, który "stanowczo sprzeciwiał się obaleniu reżimu Kadafiego", chciałby w Libii "przywrócić wpływy Moskwy". Najemnicy walczący dla Haftara "technicznie przynależą do prywatnej firmy - Grupy Wagnera, ale wykonują polecenia Kremla".

"Jeśli administracja Trumpa rzeczywiście chce wymusić dyplomatyczne rozwiązanie, to będzie potrzebować narzędzi" w postaci sankcji Kongresu USA na Rosję za ingerencję w sprawy Libii - konkluduje dziennik.

>>> Czytaj też: Kniaź Władimir z usterkami. Nowy atomowy okręt podwodny wejdzie do służby z opóźnieniem