Wszystko zaczęło się 5 maja. Tego dnia 250 żołnierzy obu państw stoczyło bójkę na pięści i kamienie nad Pangong Tso, leżącym na pograniczu indyjskiego Ladakhu i chińskiego Tybetu. Jezioro leży w górach na wysokości 4250 m. Na pograniczu obu mocarstw Pangong Tso znalazło się po chińskiej agresji w 1962 r., dzięki której Chińczycy opanowali znaczną część spornego terytorium Aksai Chin.
Od początku maja tego typu incydenty zaczęły się powtarzać. Schemat na całym terenie Aksai Chin jest ten sam, a do pojedynczych wydarzeń tego typu doszło też w Sikkimie, na krótkim odcinku indyjsko-chińskiej granicy między Bhutanem i Nepalem. Chińscy żołnierze wkraczają na kilka kilometrów wgłąb terenów uznawanych za kontrolowane przez Indie, po czym się okopują, a napotkane indyjskie patrole witają kamieniami i pałkami. Broni palnej nikt nie używa w obawie przed wybuchem wojny, a na linii granicznej od 1975 r. nikt nie zginął. Tym niemniej sprawa jest poważna.
Cały tekst przeczytasz w środowym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP
Dziennikarz „Dziennika Gazety Prawnej” od powstania tytułu w 2009 r. Wcześniej pracował w „Dzienniku”.
Absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Zawodowo zajmuje się tematyką światową, zwłaszcza państwami Europy Wschodniej. Współautor książek: „Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę” (2015), „Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki” (2016), „Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu” (2020), „Partyzanci. Dziennikarze na celowniku Łukaszenki” (2021).
Laureat nagród dziennikarskich: Belarus in Focus 2012, Grand Press 2018 w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne, Nagrody im. Dariusza Fikusa 2019.
Mówi po angielsku, rosyjsku, ukraińsku i białorusku, uczył się również chorwackiego, esperanto, greckiego, japońskiego, niemieckiego i rumuńskiego.
