Przasnyski: Pewne są frank i jen, reszta to zagadka

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
31 grudnia 2010, 09:45
Roman Przasnyski, analityk Open Finance
Roman Przasnyski, analityk Open Finance/Inne
Ostatnia sesja roku nie powinna przynieść zbyt wielu emocji. Jednak już wkrótce czekać nas może więcej emocji. Na rynkach walutowym i surowcowym już sporo się dzieje. Przyjdzie czas i na akcje.

W normalnych warunkach spadki indeksów na Wall Street po serii trzech bardzo dobrych informacji z różnych dziedzin gospodarki trudno byłoby zinterpretować. Ale na dzień przed Sylwestrem można to jakoś zrozumieć. Po pierwsze, trwający od kilkunastu dni marazm zniechęcił wielu inwestorów do podejmowania jakichkolwiek działań, poza czekaniem. Po drugie nie ma specjalnych powodów, by na siłę realizować scenariusz window dressing, bo 2010 rok kończy się przyzwoitym wynikiem. Po trzecie, nie wiadomo co w najbliższych tygodniach wypadnie z szafy, więc lepiej się nie wychylać, by nie dostać niespodziewanie po kieszeni.

Ale brak reakcji na zdecydowane oznaki poprawy na amerykańskim rynku pracy, najbardziej newralgicznym odcinku frontu walki o wyjście z kryzysu, poparte dotarciem wskaźnika aktywności gospodarczej w rejonie Chicago do poziomu najwyższego od ponad dwudziestu lat, a to wszystko okraszone jeszcze wzrostem umów kupna domów, może dziwić. Podobnie zresztą dziwne były fatalne nastroje panujące w czwartek na głównych giełdach europejskich, czyli w Paryżu i Frankfurcie, gdzie indeksy traciły po ponad 1 proc. i w Londynie, gdzie spadek był nieznacznie mniejszy. Można się dziwić, ale trzeba odnotować spadek S&P500 o 0,15 proc., kolejną nieudaną próbę sforsowania 1260 punktów i słabość byków, niezdolnych do utrzymania indeksu nad kreską.

Niepewność inwestorów wzmaga huśtawka kursów głównych walut, gdzie raz w kość dostaje euro, za chwilę zaś dolar, a najbardziej pożądanymi walutami stały się jen i frank. Inwestorzy z niedowierzaniem patrzą na rekordowe w historii ceny miedzi i prognozy, że będzie jeszcze drożej, w warunkach, gdy globalna gospodarka ledwie się wygrzebuje z dołka a Chiny chłodzą swoje przegrzane rynki. I dziwią się, dlaczego wczoraj drożały miedź i bawełna, podczas gdy niemal wszystkie inne surowce solidnie taniały. Dziś rano z kolei rosną ceny wszystkich surowców, a przecież w ciągu kilku godzin w gospodarczych fundamentach nie zmieniło się zbyt wiele.

Notowania kontraktów na europejskie indeksy wskazują na stabilizację w okolicach wczorajszych poziomów, amerykańskie powinny nieznacznie wspomagać inwestorów byczo nastawionych. W Szanghaju indeksy rosły dziś o 1,7-2 proc. W Warszawie można się spodziewać zwyżki o 0,5-1 proc.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Open Finance
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj