Dalsze jego obniżenie mają spowodować wyższe wpływy z podatków, które ma spowodować szybki rozwój gospodarczy.

>>> Czytaj też: List Rostowskiego do Rehna, czyli jak Polska próbuje udobruchać Brukselę

Najtrudniejsze będzie ograniczenie wydatków samorządów. Na wzór reguły wydatkowej dla budżetu centralnego resort finansów planuje bowiem nałożyć wędzidło na finanse samorządów. W przyszłym roku ma to dać ograniczenie deficytu o 0,04 proc PKB. W praktyce to mniejsze inwestycje, czego ani samorządowcy, ani mieszkańcy nie przyjmą z radością. – To jakieś 6 mld zł, a więc musiałoby się to odbić na absorpcji środków unijnych – mówi prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC.

Samorządy już ostro protestują i domagają się, by prawnie określić, że jedna trzecia z dopuszczalnego kryteriami z Maastricht deficytu 3 proc. może wynikać z ich różnicy między wydatkami a dochodami.

– Reguła samorządowa prawdopodobnie znacznie ograniczy zdolność samorządów do inwestycji. Zamiast tego powinno zostać ograniczone marnotrawstwo wydatków o charakterze socjalnym – staje po stronie samorządów prof. Krzysztof Rybiński, były prezes NBP.

Koszty polityczne i wizerunkowe innych działań – np. ograniczenie zasiłków pogrzebowych czy podwyżka VAT – rząd poniósł. Ale na jego popularności może odbić się zamrożenie funduszu wynagrodzeń w budżetówce także w przyszłym roku. – Zamrożenie zatrudnienia i funduszu płac na poziomie nominalnym oznacza praktycznie spadek płac, gdyż mamy inflację na poziomie 3 – 4 proc. A to spowoduje, że powstaną duże napięcia – uważa prof. Gomułka.

>>> Czytaj też: Europa trzech prędkości: Polska znów liderem wzrostu PKB

Zresztą nie tylko budżetówka, ale także inni podatnicy odczują kurs na ograniczenie deficytu, bowiem w przyszłym roku ponownie nie będzie waloryzacji progów podatkowych. Minister finansów Jacek Rostowski liczy, że zyska na tym około 700 mln zł. Stracą jednak podatnicy.

Część ekonomistów wytyka resortowi, że mimo iż działania przyniosą efekty strukturalne, to nie widać w nich głębszej wizji zmian.

– W sumie plan jest nieadekwatny do skali wyzwań i tak napisany, żeby minimalizować koszty polityczne dla rządu i PO, a nie maksymalizować korzyści dla gospodarki. Ale to nie dziwi, w końcu mamy rok wyborczy – mówi prof. Rybiński.