Postawili na energooszczędność i czyste technologie. Zarabiają na tym coraz lepiej, bo przedsiębiorstwa i klienci indywidualni odkrywają zalety rozsądnego zarządzania energią.
Zielone technologie od lat uchodzą za biznes z nieograniczonymi wręcz możliwościami. Na dodatek po katastrofie reaktorów jądrowych w Japonii topnieje zaufanie do atomu. Energetyka odnawialna i energooszczędność staną się w najbliższej przyszłości jedyną poważną alternatywą wobec węgla, ropy i gazu. Także w Polsce firmy coraz lepiej zarabiają na zielonych innowacjach.
Jednym z pionierów rynku jest wrocławska Lediko. Założyli ją siedem lat temu dwaj absolwenci elektroniki Politechniki Wrocławskiej. Adam Wilanowski i Piotr Walendowski poznali się przy okazji konkursu dla młodych inżynierów organizowanego przez Wrocławskie Centrum Transferu Technologii. Wilanowski wygrał, Walendowski był trzeci. A ponieważ obaj mieli żyłkę do robienia interesów, postanowili założyć wspólną firmę. Ich pomysłem na biznes były diody LED (stąd nazwa Lediko): przez wiele dziesięcioleci być może najbardziej niedoceniany wynalazek współczesnej elektroniki. Choć pierwsze konstruował już na początku XX w. brytyjski wynalazca kpt. Henry Joseph Round, uczeń legendarnego fizyka i wynalazcy telegrafu Guglielmo Marconiego, aż do lat 60. wykorzystywano je niemal wyłącznie jako lampki sygnalizacyjne. Dopiero w ostatnim okresie diody zaczęły robić karierę jako wydajna i przyjazna środowisku alternatywa dla tradycyjnej żarówki. – Segment LED to najszybciej rozwijająca się branża oświetleniowa. Już dziś standardowa dioda daje kilkadziesiąt lumenów z wata (miara efektywności zużycia energii przez źródło światła – red.), podczas gdy tradycyjna żarówka osiąga wyniki na poziomie 10, a halogen 15. Mamy już diody stulumenowe, a w amerykańskich laboratoriach złamano właśnie granicę 200 – mówi nam Piotr Walendowski. Technologia LED oznacza więc nic innego, jak więcej światła z tej samej ilości energii.

>>> Czytaj też: Ekologia - nowy hit eksportowy Polaków

Lediko początkowo sprzedawało swoje systemy wyłącznie producentom sprzętu oświetleniowego. Widząc jednak, że rynek rośnie w szybkim tempie, postanowiło zawalczyć o klienta indywidualnego. W zdobyciu zamówień z gmin, firm, wspólnot mieszkaniowych czy nawet od przeciętnego Kowalskiego miała im pomóc autorska konstrukcja: lampa LED Cleveo. To oferta dla mających dosyć tradycyjnego oświetlenie ulicznego czy podwórkowego, które pod samą lampą wręcz razi w oczy, a obok pozostawia ciemne zakamarki. Na dodatek Cleveo to tzw. lampa inteligentna. – Pozwala zaprogramować zużycie, co przeciwdziała marnowaniu energii. Jest też plus dla środowiska, bo diody LED, w przeciwieństwie do klasycznych lamp sodowych czy rtęciowych, nie zawierają rtęci i są biodegradowalne – tłumaczy Walendowski. Jak w przypadku większości produktów z działki zielonych rozwiązań, Cleveo jest droższa od tradycyjnych odpowiedników. Zwykłą lampę do użytku zewnętrznego (na przykład oświetlenia ulicy, ogrodu czy większego podjazdu) można kupić już za kilkaset złotych. Produkt Lediko to wydatek rzędu nawet trzech tysięcy. Inwestycja owocuje jednak niższymi rachunkami i zwraca się – jak szacuje Walendowski – po 6 latach. Wielu klientów ten argument przekonuje. Zwłaszcza że pod wpływem wdrażania dyrektyw unijnych europejska (w tym również polska) gospodarka będzie musiała wykazywać się postępami w energooszczędności. Do 2020 r. o 20 proc. w porównaniu z rokiem 2008. Zgodnie z uchwaloną w marcu ustawą o efektywności energetycznej powstanie system tzw. białych certyfikatów, które będą dowodem inwestowania w energooszczędność. Na firmy energetyczne zostanie nałożony obowiązek posiadania takich dokumentów. Ustawa nakaże też stosowanie konkretnych środków wdrażania energetycznej efektywności przez podmioty publiczne. Na przykład tzw. audytu energetycznego w użytkowanych przez nich budynkach.

Zredukować straty do minimum

Na tym trendzie chce skorzystać bydgoska firma Promar, autor pionierskiego systemu optymalizacji zużycia energii w budynkach. – Najpierw sprawdzamy na miejscu, jaki jest potencjał oszczędnościowy w danej szkole czy bloku, i dajemy kilka prostych rad optymalizacyjnych. Jeśli klient sobie tego życzy, podłączamy go na stałe do naszego systemu kontroli. Wychwytujemy wówczas na bieżąco wszelkie luki i awarie. Dzięki temu straty energetyczne są redukowane do minimum – mówi w rozmowie z „DGP” Paweł Chełczyński z Promaru. Przedsiębiorstwo od lat skutecznie konkuruje na polskim rynku z zagranicznymi gigantami: niemieckim Siemensem czy francuskim Schneider Electric. Z sukcesami. – Mamy dziś 250 – 300 klientów, m.in. władze miejskie Warszawy i Poznania, które podpinają do naszego systemu szpitale czy szkoły. Ich śladem mogą pójść wspólnoty mieszkaniowe czy spółdzielnie. Czyli wszyscy, którzy chcieliby obniżyć rachunki za energię czy wodę nawet o 20 – 30 proc. – dodaje Chełczyński. Dla istniejącego od 1994 r. biznesu ostatnie lata to prawdziwe eldorado. Przedsiębiorstwa oraz władze miejskie z powodu załamania koniunktury szukały na gwałt oszczędności i odkrywały zalety rozsądnego zarządzania energią.

>>> Czytaj również: Oto lista składników, które mają ulepszać żywność i mogą szkodzić zdrowiu

Domy na słońce

Inną branżą ekologiczną, w której coraz lepiej radzą sobie polscy przedsiębiorcy, jest energetyka słoneczna. Zwłaszcza że pozyskiwanie energii z ropy czy węgla i nadmierna emisja CO2 do atmosfery wiążą się z dotkliwymi karami finansowymi. Według Instytutu Energii Odnawialnej jeszcze w 2001 r. mieliśmy w Polsce zaledwie 21 tys. mkw. kolektorów. W ciągu następnych 10 lat ich powierzchnia wzrosła do 510 tys. mkw. W 2020 r. będzie to już 19 mln mkw. A dekadę później ponad 46 mln mkw. Energię słoneczną promuje również państwo. Można dostać nisko oprocentowany kredyt na zakup odpowiedniej instalacji, a nawet wystąpić do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o zwrot 45 proc. zainwestowanego kapitału. Jednym z najbardziej widocznych producentów kolektorów jest pochodzący z Chorzowa Sebastian Paszek, twórca ulokowanej w pobliskim Sosnowcu firmy Watt. Czterdziestolatek zaczynał od... własnego garażu. W rozmowie z branżowym „Wirtualnym Nowym Przemysłem” opowiadał niedawno, że pierwsze instalacje grzewcze konstruował sam, a potem dzięki nim miał w domu darmową ciepłą wodę. Zlecenia od sąsiadów i znajomych zachęciły go do założenia firmy, która szybko stała się jednym z najważniejszych polskich producentów systemów solarnych. Jesienią Ślązacy wygrali przetarg na pionierski program przestawienia polskiej prowincji na energię solarną. Do maja 2011 r. Watt zamontuje w 11-tysięcznym Miastku w Zachodniopomorskiem prawie 300 paneli słonecznych. Będzie to oznaczało, że co dziesiąte gospodarstwo domowe w okolicy będzie korzystało z energii solarnej. Watt wchodzi też na rynek ekologicznych produktów luksusowych. Jego zestawy Watt VIP oferują połączenie klasycznego kolektora z długą 10-letnią gwarancją i nowoczesnym designem.
Polskie firmy wchodzą też ostro na rynki zagraniczne. Celuje w tym Neon z Poczesnej koło Częstochowy, producent autorskich kolektorów słonecznych Neosol 250. – Firma powstała w 2003 r. jako inżynierskie przedsięwzięcie tworzące projekty na zamówienie polskich i zagranicznych producentów. Szybko zrozumieliśmy, że możemy sami produkować baterie, które będą z powodzeniem konkurować z obcymi produktami – mówi nam Wojciech Norberciak, szef i założyciel Neonu. Dziś firma produkuje tysiące metrów kwadratowych kolektorów rocznie. Sprzedaje je do Europy Zachodniej, a ostatnio na Ukrainę czy do Rosji. Wspomniane już wrocławskie Lediko rozwija produkcję na rynek czeski. Wszyscy marzą o biznesowej ekspansji do Azji. Na razie trzynastu polskich pionierów branży ekologicznej (w tym Lediko, Watt, Neon i Promar) uczestniczy w organizowanym przez polskie Ministerstwo Środowiska programie GreenEvo. W ramach tego projektu polscy zieloni pionierzy w ostatnich miesiącach mieli okazję prezentować się m.in. na Expo w Szanghaju czy targach Entec Pollutec w Bangkoku.
Wśród polskich zielonych innowatorów są i tacy, którzy nie szukają rozgłosu i nowych klientów. Uważają wręcz, że na tym coraz bardziej konkurencyjnym rynku rozgłos może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. – Mamy dobre pomysły i wystarczającą liczbę klientów. Dodatkowego zainteresowania nam na razie nie potrzeba. Konkurencja przecież nie śpi – mówi nam Jacek Habryło, którego firma inżynierska NPF zbudowała innowacyjny kocioł pelletowy (pellet to materiał opałowy ze sprasowanych pod wysokim ciśnieniem odpadów drzewnych – red.).
Niezależnie od obranej strategii biznesowej wszystkich innowatorów łączy jedno: wiatr historii wieje w dobrym dla nich kierunku. Wygląda na to, że około roku 2050 najważniejsze gospodarki zachodniej Europy będą w przeważającej mierze napędzane energią odnawialną.