Rynki obawiały się, że sytuacja wymknie się spod kontroli. Dowiedzieliśmy się bowiem, że w poniedziałek ministrowie finansów strefy euro podczas swojego spotkania niewiele wymyślili. Postanowili użyć funduszu ratunkowego w celu kupowania obligacji na rynku wtórnym (daty nie ustalili). Zdecydowali się też obniżyć oprocentowanie kredytów udzielanych zagrożonym krajom.

Problem w tym, że decyzje podjęli pod presją. Financial Times opublikował list z Institute of International Finance reprezentującym banki, w którym żądano, żeby Unia Europejska skupował na rynku wtórnym dług zaatakowanych krajów. Ostrzegano, że w innym przypadku Włochy i Hiszpania też mogą dołączyć do grona państw-bankrutów. Zakrawało to wręcz na szantaż. Olbrzymi niepokój wzbudził też holenderski minister finansów twierdząc, że Eurogrupy zaczęła akceptować scenariusz z selektywną upadłością Grecji. Wieczorem grecki minister finansów Ewangelos Wenizelos stwierdził, że jego kraj odrzuca opcję częściowej niewypłacalności. Pełna kakofonia, która może bardzo niepokoić.

Dopiero oświadczenie Giulio Tremontiego, ministra finansów Włoch, (wraca do Rzymu, żeby walczyć o pakiet oszczędnościowy) wprowadziło nieco uspokojenia. Udało się też sprzedać bony greckie i włoskie. Odnotować jednak trzeba, że rentowność rocznych bonów włoskich w porównaniu do aukcji czerwcowej wzrosła z 2,147 do 3,67 procent.

Tuż przed pobudką w USA pojawił się Luc Frieden, minister finansów Luksemburga, który stwierdził, że UE nie dopuści do upadłości państwa ze strefy euro. Wtórowali mu inni ministrowie obecni podczas szczytu ministrów finansów Unii Europejskiej. Prezydent UE Herman Van Rompuy oświadczył, że być może w piątek 15.07 odbędzie się nadzwyczajny szczyt liderów krajów Unii. Gracze z wdzięcznością wzięli te deklaracje za dobrą monetę. Kurs EUR/USD ruszył na północ, a europejskie indeksy giełdowe odrabiały straty, drożały też surowce.

Rynek akcji trawił (oprócz wyżej opisanych czynników) również to, że po poniedziałkowej sesji raport kwartalny publikowała Alcoa, co uznawane jest za początek sezonu publikacji wyników kwartalnych na Wall Street. Raport był gorszy od oczekiwań, ale cena akcji spadła już w poniedziałek przed publikacją raportu, więc we wtorek nawet lekko odbijała. Nie jest to żaden prognostyk dla reakcji rynku na kolejne raporty.

Reklama

Indeksy giełdowe trzymały się blisko poziomu równowagi, a po publikacji protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC usiłowały nawet rosnąć, ale agencja Moody’s znowu dokonała dzieła zniszczenia. Obniżenie rating długu Irlandii (do poziomu „śmieciowego”) popsuło nastroje i indeksy zaczęły spadać. Spadki nie były duże (okolice pół procent) i niczego nie zmieniły w obrazie technicznym.

GPW poszła we wtorek rano śladem innych giełd europejskich. Już po pół godzinie WIG20 tracił kolejne półtora procent. Potem dźwignął się do okolic 2.720 pkt. i tam zamarł. Rynek czekał na rozwój sytuacji. Tuż przed pobudką w USA wypowiedzi ministrów finansów Unii Europejskiej i zapowiedź nadzwyczajnego szczytu szefów państw UE doprowadziły do znacznej poprawy sytuacji zarówno na rynkach walutowych jak i akcji. To natychmiast wykorzystał u nas segment największych spółek. Udało się zakończyć dzień jedynie niewielkimi spadkami indeksów, ale techniczny obraz rynku nie uległ zmianie. Nadal jest niedźwiedzi.