Nazywany jest „kaszmirowym wilkiem”, bo jego styl działania w biznesie można opisać jednym słowem: bezwzględność. Ale takie są prawidła rynku – Bernard Arnault kieruje największym na świecie domem dóbr luksusowych LVMH i nie może sobie pozwolić na łagodność i wyrozumiałość. Tak po prostu – w jego branży gra toczy się o tak wielkie pieniądze, że moment najmniejszego zawahania oznacza zwycięstwo konkurencji. Ale to dzięki jego bezwzględności firma przynosi rekordowe zyski, choć od ponad trzech lat nie ma dnia, by nie przypominano nam o kryzysie i konieczności zaciskania pasa.

– Proszę mi wybaczyć, ale będę się nieco powtarzał: ubiegły rok był dla nas doskonały. Nawet lepszy od 2010 r. Mam nadzieję, że równie dobry będzie i ten. Wiem, że na tle innych branż moje słowa trącą lekkim paradoksem, ale dla nas trwa okres najprawdziwszej prosperity – mówił bez udawanej skromności Bernard Arnault, przedstawiając najnowsze wyniki finansowe firmy. A są one imponujące. Zysk LVHM przekroczył w ubiegłym roku 3,06 mld euro. W porównaniu do 2010 r. oznacza to wzrost o 1,1 proc. Mało? Racja, ale tylko i wyłącznie z powodu znaczących inwestycji w udziały domu mody luksusowej Hermes International. Bez tych wydatków, czyli patrząc w księgach rachunkowych w rubrykę zysk operacyjny, zarobek na czysto wzrósł aż o 22 proc. Chapeau bas.

Twardy zawodnik

Jak to się dzieje, że w czasie kryzysu luksus wciąż dobrze się sprzedaje? Po pierwsze – zbyt pesymistycznie oceniamy sytuację w Stanach Zjednoczonych. Ten drugi obecnie pod względem sprzedaży rynek zbytu markowych dóbr nie przeżywa aż tak wielkiego załamania, jak jest to powszechnie przedstawiane. Sprzedaż francuskiego koncernu w Ameryce wzrosła w ubiegłym roku aż o 18 proc., co tylko zachęciło LVMH do podniesienia cen. I to niemal o 1/5, dzięki czemu jego zyski stały się jeszcze większe. – Luksus nie może być tani, by się dobrze sprzedawać. To pierwsza podstawowa zasada, która rządzi tą branżą. Arnault do perfekcji opanował sztukę wprowadzania jej w życie – powiedziała DGP Christina Thorpe, ekonomistka z Uniwersytetu w San Francisco. Po drugie – luksusem zachłysnęły się na całego mające dość zwykłej biedy, trzeciej drogi lub po prostu komunizmu kraje rozwijające się, których gospodarki w szybkim tempie gonią syty Zachód. LVMH wyczuł ten trend i mocno rozwija w nich sieć sprzedaży, bo tam są ogromne pieniądze, które tylko czekają na to, by je wziąć. Z danych magazynu „Forbes” wynika, że w 2010 r. (zestawienie za ubiegły rok będzie dostępne dopiero w marcu) państwa BRIC – Brazylia, Rosja, Indie oraz Chiny – dały światu kolejnych 112 miliarderów. To połowa spośród rzeszy wszystkich nowych bogaczy. Jeśli do kogoś nie przemawiają suche liczby, niech spojrzy na inne porównanie: w Moskwie mieszka dziś więcej miliarderów (ponad 100) niż w Nowym Jorku (79).

I właśnie na „nowobogackich” z państw rozwijających się, a właściwie na ich portfele, postawił szef LVMH. – Pomimo niepewnej sytuacji w Europie, jesteśmy dobrze przygotowani do nowych wyzwań – mówi butnie Bernard Arnault. To po prostu twardy zawodnik.

Reklama

Ale nie może być inny, skoro nawet stanowisko prezesa Louis Vuitton Moet Hennessy przejął po 2-letniej bezpardonowej walce. W 1987 r. w wyniku połączenia dwóch firm powstał nowy luksusowy koncern, ale daleko mu było do jedności: o przejęcie nad spółką kontroli zaciekle walczyli najwięksi udziałowcy – szef LV Henri Racamier oraz prezes MH Alain Chevalier. Z tej batalii zwycięsko wyszedł trzeci.

62-letni dziś Bernard Arnault był wówczas właścicielem odzieżowej marki Christian Dior, a w zrealizowaniu ambitnego planu dopomógł mu słynny czarny poniedziałek. Do dziś nie wiadomo, co było przyczyną gwałtownego spadku cen akcji, do którego doszło 18 października 1987 r. – zmasowane uderzenie spekulantów, brak płynności spółek, przegrzanie rynków finansowych, bezmyślne zawierzenie matematycznym modelom wzrostu oraz prognozom komputerów czy też może psychologia inwestorów? A może wszystko po trochu? Tąpnięcie nastąpiło w Hongkongu (do końca października indeks tamtejszego parkietu spadł o 45,5 proc.) i błyskawicznie objęło cały świat. Indeks giełdy w Australii skurczył się aż o 41,8 proc., Hiszpanii – 31 proc., Wielkiej Brytanii – 26,4 proc., USA – 22,6 proc. Dołować zaczęła również giełda w Paryżu i wówczas do akcji wkroczył Arnauld. Dzięki możliwości sięgnięcia po niemały rodzinny majątek i własne oszczędności, których dorobił się w USA, rozpoczął akcję skupywania taniejących akcji LVMH i wkrótce stał się właścicielem 43 proc. udziałów firmy. Następnych kilka miesięcy poświęcił na umocnienie swojej pozycji we władzach spółki, a mówiąc wprost – pozbył się niemal wszystkich oponentów. Tak osłabione dwa obozy skupione wokół Racamiera i Chevaliera nie były w stanie mu się przeciwstawić i w 1989 r. został szefem Louis Vuitton Moet Hennessy.

Ale zanim LVMH stało się absolutnym liderem w świecie luksusu, Arnault doprowadził do kilku znaczących przejęć, m.in. kupił szwajcarskich producentów zegarków TAG Heuer oraz Hublot (średnia cena czasomierzy to ok. 3,5 – 4 tys. dol.) czy wytwórcę wyśmienitej szkockiej whisky single malt Glenmorangie (litrowa butelka Glenmorangie 1981/Pride kosztuje ok. 2,5 tys. funtów). W ubiegłym roku do sporej kolekcji dorzucił renomowany włoski dom jubilerski Bulgari, a na celownik wziął odzieżową firmę Hermes International (ma już w nim ponad 20 proc. udziałów). Dziś potęgę koncernu LVMH tworzą w sumie 34 przedsiębiorstwa. – Po cichu przejmuje udziały w interesujących go firmach, które potem bezwzględnie wtłacza w swoją wizję dalszego rozwoju. Ta strategia wymaga ogromnej cierpliwości, ale on ją posiada. Znany jest z tego, że potrafi czaić się i czekać na odpowiednią chwilę do działania nawet kilka lat – napisał o nim brytyjski dziennik „The Independent”.

Targi próżności w Pekinie i Nowym Delhi

Teraz Bernard Arnault przyczaił się na azjatyckim rynku. – To jak najbardziej przemyślany ruch. Tylko sami Chińczycy tuż przed swoim nowym rokiem wydali na luksusowe dobra 7,2 mld dol. – mówi Thorpe. Według najnowszego raportu World Luxury Association (WLA) mieszkańcy Państwa Środka stali się także turystami, którzy najchętniej kupują najdroższe rzeczy. Jeszcze kilka lat temu WLA przewidywało, że Chiny staną się największym rynkiem zbytu luksusowych towarów i usług w 2015 roku. Ale to się już wydarzyło: dziś największych targów próżności nie organizuje się w Nowym Jorku czy Londynie, nawet nie w Moskwie – tylko w Pekinie i Nowym Delhi. By rozgrzeszyć analityków, trzeba dodać, że żaden z nich nie zajmował się makroekonomię i nie był w stanie przewidzieć załamania, które w 2008 r. wstrząsnęło finansowymi fundamentami Zachodu. Kto dopieszcza Azję, ma zagwarantowane zyski.

Batalia o ogromne azjatyckie pieniądze będzie bardzo zacięta, bo w tym wyścigu startują także dwaj najwięksi rywale LVMH: francuski konglomerat PPR (marki m.in. Gucci, Yves Saint-Laurent) oraz szwajcarskie Richemont (m.in. Alfred Dunhill, Cartier). Arnault nie tylko więc buduje sieć sprzedaży i uruchamia nowe sklepy, lecz także stworzył specjalny fundusz inwestycyjny o nazwie L Capital Asia, który dysponuje funduszami rzędu 0,5 mld dol. Na co są przeznaczone tak ogromne pieniądze? Fundusz kupuje udziały w renomowanych azjatyckich markach (ostatnio w singapurskiej firmie obuwniczej Charles & Keith), by – jak się możemy domyślać – za kilka lat stać się ich właścicielem. Nie tylko w przewidywaniu przyszłych zysków, lecz także po to, by nie wpadły w ręce rywali.

Sam Arnault, najbogatszy człowiek Europy (magazyn „Forbes” szacuje jego majątek na ok. 41 mld dol., co daje mu także czwarte miejsce na świecie), często ostatnio bywa w Azji, by podczas spotkań – w tym również z politykami – budować dobry klimat dla swojej firmy. Ma w tym spore doświadczenie – był świadkiem na ślubie obecnego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego z pierwszą żoną Cécilią Ciganer-Albéniz, pieniędzmi z własnej kieszeni sfinansował kurs języka francuskiego córce ówczesnego brytyjskiego premiera Tony’ego Blaira, Kathryn. Był tak hojny, że opłacał jej także wynajęcie mieszkania, transport i ochronę – w sumie wydał na to 80 tys. funtów. Śmiało można powiedzieć, że to jeden z najdroższych kursów językowych świata. Cóż, tak to już jest, że luksus lubi politykę, a polityka lubi luksus. To druga zasada tej branży.

Luksusem zachłysnęły się kraje rozwijające się, których gospodarki szybko gonią syty Zachód. LVMH wyczuł ten trend i mocno rozwija tam sieć sprzedaży. – Pomimo niepewnej sytuacji w Europie jesteśmy dobrze przygotowani do nowych wyzwań – mówi Arnault